RECENZJE

Tuzza
Moon Mood (EP)

2019, self-released 7.3

Mam w sobie wiele bezpodstawnych uogólnień na temat polskiego trapu, ale też dwa rodzaje spraw na ten temat: Tuzza i mniej ważne. Jako niewychylająca się zbyt często i raczej cicha obserwatorka naszej rap sceny, wysunęłam dla siebie ostatnio wniosek, że o każdej (powtarzam: każdej) płycie, EP-ce i o każdym (powtarzam: każdym) singlu czy mixtejpie możesz powiedzieć, że jest płytą/EP-ką/singlem/mixtejpem roku, jeśli jesteś wystarczająco odważny/-a, bo i tak zawsze znajdą się ludzie, którzy się z tobą zgodzą albo tacy, którzy z lekkim i zdezorientowanym rozbawieniem będą serduszkować twoje posty, przybijając sobie samemu w myślach piątkę, myśląc że rozgryźli ironię, która nie miała miejsca. Jedni mówią, że konsekwencja jest cnotą głupców, inni, że nadzieja matką (ja tutaj akurat nic, bo omertà), a jeszcze inni po prostu robią to, co jest to zrobienia.

Fino Alla Fine pojawiło się pod koniec grudnia zeszłego roku, więc to, że recenzja na łamach Porcys się nie ukazała, jest raczej smutnie oczywiste, nie bądźmy śmieszni. Były głosy w komentarzach o najlepszym rapowym LP roku (bo Ćpaj Stajl to mixtape, a młody pi EP-ka), były zachwyty słuszne i tezy o transferze z lokal na global(e), a w tym roku duet Benito-Ricci udowodnił, że nie był ich to opus mangum, ale jego jedna druga (co najwyżej). Moon Mood gruntuje kilka klisz: że less is always more, że możemy się jeszcze wszyscy uwolnić od (t)rapo-polo, że raper może podśpiewać w refrenie i nie brzmieć jak cymbał. Że lepiej ślepnąc od świateł jupitera, niż po prostu ślepnąc od świateł, że homar z bacardi w menu to nic przy krewetkach i szafranie na kolację i lepiej, gdy jej szyja pachnie chyba channel, a nie gdy jej ślina od ścierwa gorzka. Przypomina też, że współpraca z perełką wśród światowych producentów bitu (z PVLACE, który robił rzeczy dla Young Thuga, Future'a, Wiza Khalify, Gucci Mane'a) jest o niebo (niebo nieba) lepsze niż kolejne podjebane (przepraszam, samplowane) bity podpisane "prod. ja" czy kolejna podkładka od Kubiego producenta, sześćdziesiąta w tym roku. Bity ścielące się melancholijnie, sound typu cloud, malowane powieki Michaela Angelo, uczucie wracania po pracy, czytania sobie przez telefon wierszy Pułki, mycia się i rozmawiania o czymś innym, tj. zajebiste uczucie.

Nie znam się ani na drogich samochodach ani na F1, ani na rapie i uważam, że to trudno. "Muzyka, nie rap" – tak zakończył tekst o ostatniej Tuzzie człowiek, którym nigdy nie będziemy (my, tzn. ludzie – częściej lub rzadziej – próbujący pisać o rapie), chociaż czasem bardzo byśmy chcieli; więc oto jestem i oto garść moich raczej racjonalnych zachwytów nad księżycową EP-ką. Wersety są tak zajebiście przekminione, że tworzą dróżki. Ścieżki, kreski, labirynty. Dla stałych bywalców rapu i hip hop podlotków. "Lecę w przyszłość, off mask" w parze z największym szlagierkiem Future'a i dobrze wszystkim znanym fletem, auto follow up Benita do numeru z Herwą z czasów, gdy jeszcze stać nas było na pewne porównania. Nie gołdę, nie fetę, a grama podano (grana padano), nie wyrośniemy z takich gierek wierzę; itp. itd. Nie będę wymieniać w nieskończoność, po prostu bierzcie i słuchajcie. "W plastiku oceanie ja to perła" to chyba mój ukochany wers, a "Berlinetta" rozpierdala hookiem. "808 (BOB ehh) Ross", to najsłabszy (taki na 6.0) punkt EP-ki, prawdopodobnie dlatego, że ten repetytywny refren mi za bardzo zaburza spójność Moon Mood, która jest czołówką zalet Tuzzy. Tytułowy, ostatni numer EP-ki przesłuchałam tyle razy, że nie naliczę. Bit jak najgorsza, w sensie, że najlepsza faza, nieksiężycowa. Jak ten octopus, którego wyplułam na talerz w 2017 w Chanii i ten okładkowy z 2018 mnie prawie udusił, uśpił, zabił bliźniaczym podobieństwem. Jako nadawca, odbiorca, klikam w swój księżyc na ajfonie i nie chce mi się z nikim gadać – było "nie pisz, bo nie odczytuje spamu", jest dotykanie półksiężyca (nie grzyba). Been there, done that, wszyscy to znamy. Everyday mój moon mood.

Nie będzie lepszej EP-ki w tym roku, jest sierpień, nigdy nie byłam odważniejsza, nie miałam ulubieńszych piętnastu minut w tym roku. Chłopaki z Tuzzy trzymają fason, nie upadają, zjadają scenę zasłużonego mainstreamu. I biały kruk z nich i czarny koń, zamachy są słowne, vita jest dolce, cała reszta jest vanitas. Powiedzmy to sobie jeszcze raz – muzyka, nie rap – spazzato.

Adela Kiszka    
13 sierpnia 2019
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra