RECENZJE

Turnip Farm
All The Tangled Girls

2011, Locco 5.5

Jeśli ktoś słyszał w Farm łabędzi śpiew pewnej epoki, ze zdumieniem może obserwować jak z szeregu kaczątek wyrywają się kolejne łabędzie. Turnip Farm (nomen omen) gra muzykę zarówno niemiejską, jak i inspirowaną różnymi dinozaurami z przeszłości. Oprócz oczywistego skojarzenia, można przywołać inne, lecz będą one w gruncie rzeczy tożsame z tymi, które kilka miesięcy temu wymieniłem, opisując promujący płytę utwór ”Passover”.

Zaproszenie Kuby Ziołka na wokal było strzałem w dziesiątkę. Jego głos ma w sobie coś z Douga Martscha, z drugiej strony ma także tę moc seattle'owskiego pienia nad ogniskiem, lokującą go nieco w perspektywie przebrzmiałego polskiego spojrzenia na ówczesną amerykańską alternatywę. Wygładzając fałdki, namaszcza takie piosenki jak ”Debonair” na naturalny hit gitarowych list przebojów (są takie?). W tle członkowie wołowskiego Blue Raincoat serwując własną wersję Bug, dawne fascynacje Dullim zamieniają na lżejszego Lanegana.

Właściwie na tym powinienem skończyć. Nie chciałbym was zwodzić porównaniami z Yo La Tengo czy Pavement. Nie będę dalej szeleścił flanelą i atakował kratą, wyjmując z kapelusza Mudhoney lub w kontekście grunge nużać się w sfazzowanej gitarze i ciepłym feelingu. Zdaje się, że każdy jest świadom życzeniowości tych porównań. Natomiast, pomimo całkiem innych inspiracji deklarowanych w metryce, cały album oprócz luzu Superchunk, przynosi także przyciężki urok dawno niesłyszanych hitów. ”The Hause Of Suave” wjeżdża tu w pełnej okazałości, dostarczając najlepszy utwór Counting Crows od czasu ”Children In Bloom”. Niestety chwilami atut Ziołka zaczyna grupie ciążyć, a kompozycje stają się przewidywalne i mdląco podporządkowane słodyczy jednej melodii. Przykładowo taki kończący ”Swell” mógłby przypominać Weezer, gdyby za infantylnym wejściem krył się power refrenu.

Są to jednak przytyki, które nie burzą pozytywnych odczuć. Jest jedna główna inspiracja, która absolutnie godzi duch modnego indie z niemodnymi Pearl Jamami i muzycy Turnip Farm począwszy od nazwy czerpią z niej pełną garścią. Nie jest jednak tak, że odnajdziemy tutaj luz czy autentyczną furię przeszłości. Zbyt poukładany to album, zbyt dbały i płacący wysoki songwriterski trybut, jednak, być może właśnie dzięki temu, zaskakująco słuchalny.

Wawrzyn Kowalski    
9 sierpnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja