RECENZJE

Tunng
Comments Of The Inner Chorus

2006, Full Time Hobby 5.9

Zdarzył mi się w tym tygodniu czysto fanowski sen, aż nie wiem, czy się przyznawać. Osią fabuły był fakt, że zaprzyjaźniłem się z ThomemYorkiem. To normalka, phi, ale było coś więcej – śledziłem mianowicie koncert jego grupy z sypiącej się, zielonej ławki (tej klasycznej z PRLowskich parków). Mój – już wtedy druh – Thom stwierdził (do mikrofonu), że wyglądam jak foka, i natychmiast postanowił nazwać kolejny krążek Radiohead Seal (jak słusznie ktoś zauważył, może po prostu szykują Radiohead tribute-album?). Przyznacie, że zaznałem w jakiejś mierze pokręcenia Thought For Food Books, przetłumaczonego na język sennych imaginacji. Przyjmijmy teraz, że przyśniło mi się tyle, że siedziałem na krześle oraz że zawiązałem internetową znajomość z Selway’em. No, oto i Comments Of The Inner Chorus - bardziej codzienne, mniej zabawne, ale gdzieś w zarysach podobne. Mają zatem Tunng parcie na digital-folk, preparowany jednak z mniejszym groove’em no i bez namaszczenia geniuszem (który i u samych Books wygasł po wspomnianym klasyku).

Porównanie Angoli do Amerykańców służy dzielnie nie przez cały album niestety. Comments Of The Inner Chorus, już druga płyta Tunng, ma też bowiem swoją skromniejszą, "folk-only" stronę. Szkoda, gdyby bowiem koleżkowie wybrali kierunek swoich ziomków zza miedzy, czyli nie znających umiaru w mieszaniu stylów Department Of Eagles, ocena na pewno chętnie podskoczyłaby w górę. Tymczasem lekkie akustyczne pląsanie, w gruncie rzeczy pozbawione interwencji cartoon-networkowych sampli, syntezatorów czy też bicików, delikatnie obniża poziom krążka, czyniąc go chwilami nazbyt zwyczajnym. Inna sprawa, że materiał jest wyważony, słabych fragmentów nie ma (przeciętne to się wkradają, jak nazbyt leniwa zwrotka "The Wind Up Bird"). Podobnie brak i przechyłów w drugą stronę – nie licząc psychodelicznego "Tales' (stali słuchacze audycji Porcys słyszeli), nic nie wdziera się w drugą pamięć nadto gorliwie. Tunng nie wykraczają poza "lovely", prezentując nieco odjechany, ale i zarazem potulny klimacik. To na nim tu wszystko bazuje. Dla zwolenników Vetivera czy też Devendry pewnie będzie to folk za słodki, dla fanów Animal Collective zdecydowanie za konwencjonalny, dla zatwardziałych miłośników alt-country za nowoczesny. Ale stosownej dawki ciepluchej przyjemności zaznają wszyscy.

Jędrzej Michalak    
20 września 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja