RECENZJE

Triosk
The Headlight Serenade

2006, Leaf 6.6

O świętej pamięci Jamesie Brownie mawiano, że jest geniuszem rytmu, który nie przykłada zbytniej wagi do melodyki, nie czuje jej tak doskonałe jak groovu. Pomijając dyskusję o zasadności tej tezy, jest to w moim odczuciu przypadek zepołu Triosk. Zachwyca mnie to, co Australijczycy robią z rytmem, brzmieniem, fakturą swojej muzyki, natomiast gorzej im idzie w krainie dźwięków o określonej wysokości. Ok, zacząłem od Browna, żeby zaciekawić czytelnika, to teraz cofnę się trochę do scharakteryzowania muzyki tria. Punktem wyjścia jest więc jazz. Klasyczne zestawienie instrumentów (fortepian-bas-perkusja), improwizacja – te elementy stylu Triosk ciążą w stronę jazzu. Lecz nie przeciążają, albowiem muzyka Triosk, niczym Unia Europejska, opiera się na trzech filarach. Prócz jazzu są to muzyka poważna oraz elektronika (choć niektórzy upierają się, że określenie to nie istnieje).

Inspiracje muzyką poważną najpełniej objawiają się w grze Adriana Klumpesa (fortepian). W klasyczny sposób buduje on dźwięk, lubi grać akordami, najlepiej na długim wybrzmieniu, łącząc je w impresjonistyczne całości. W tym aspekcie przypomina trochę Brada Mehldaua. Chętnie korzysta też z możliwości fortepianu preparowanego (Cage), co należałoby jednak wpisać w ogólny kontekst wyczulenia bandu na dźwięk. Weźmy na ten przykład utwór "Intensives Leben", w którym na tle akordowego tremolo postępuje szesnastkowe ostinato abstrakcyjnych dźwięków. Niby nic się nie dzieje, a jednak te zmutowane odgłosy talerzy, szklanek i widelców są piękne. Intrygują samą swoją konsystencją. Następne na płycie "Lazyboat" to z kolei popis perkusisty i post-produkcji. Miotełkowy huragan w dynamice piano. Do tego basowy drone i pianistyczna melancholia pobudzana nerwowymi arpeggiami prawej ręki. Ciekawie to skurczybyki kombinują.

Niestety, kurde, nie zdąże napisać o wszystkim o czym bym chciał. Za dwie godziny mam pociąg, a tu pozostaje kwestia minimalizmu (Riley), musique concrete, pracy studyjnej nad albumem, niesatysfakcjonującej harmoniki (czy nie za mocno osadzone w dur-moll?), ECM-owskiej przestrzeni i masa innych. W razie czego zapraszam na mail. Siódemki nie dam, bo płyta ewidentnie zwalnia gdzieś na wysokości ósmego numeru. "Vostok" i "Moment Returns" rozchodzą się bokami i niczego nowego już nie wnoszą, a "Fear Survivor" to taki trioskowy noise, być może interesujący na żywo, tu raczej niepotrzebny. Ale ta zmiana tonacji w "Lost Broadcast" – magiczne...

Piotr Piechota    
26 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja