RECENZJE

Tricky
Vulnerable

2003, Anti 2.3

W drugiej klasie liceum zakumplowałem się trochę bliżej z Kamilem. Kamil był jedną z osób, z którymi w klasie pierwszej nie utrzymywałem ściślejszych kontaktów. Niewiele o nim uprzednio wiedziałem. Raptem tyle, że gość miał abstrakcyjne poczucie humoru, zaskakująco celne riposty i feeling na biegunie przeciwległym do ciotostwa. (Skądinąd przypominam, że w pierwszej klasie ogólniaka jest to relatywnie sporo.) Nie mogłem wówczas wiedzieć, iż wkrótce poznam lepiej jedną z najwyrazistszych charyzmatycznych postaci swojej młodości. Kontrowersyjną postacią jaką był, gość nigdy nie dał zwątpić w swą inteligencję i niebanalne spojrzenie na świat. Och, oraz odkrywcze, odmienne podejście do muzyki. Pewnego razu gdy rozmawialiśmy nieco dłużej, Kamil napomknął o koncercie Massive Attack. W ciągu następnych paru tygodni metamorfozie miała ulec cała moja słuchalna rzeczywistość.

W temat Massive Attack wciągnął Kamila bodaj rodzony brat. "Dziennikarze używają w odniesieniu do ich twórczości terminu trip-hop, ale na dobrą sprawę termin ten gówno znaczy", mawiał. Amerykańskie imiona gówno znaczą. Znamienne, jak osoba Kamila perfekcyjnie sprawdzała się w roli przewodnika po tym nieodkrytym świecie dźwięku. Był on dla statystycznego słuchacza tym, czym Massive byli dla statystycznego wykonawcy. Podobnie jak team z Bristolu dysponował niewielką wiedzą w zakresie teorii harmonii i skal, raczej intuicyjnie nawigując po marszrutach ekscytującej podróży, tak i Kamil odbierał ją "na czysto", będąc rodzajem niezapisanej carte blanche. "Ja ledwo słuchałem muzyki w swoim życiu", zapewniał. "Czasem tylko wujek puszczał mi z winyla 'Heartbreaker' Zeppelinów". Na dniach kupiłem wszystkie płyty Massive'u. Olśniło mnie. Owszem, kojarzyłem z grubsza te rejony – któż by nie widział clipów "Unfinished Sympathy" lub "Teardrop" – ale przy detalicznym zgłębieniu tematu ta muzyka dosłownie wskazywała nowe horyzonty. Odsłaniała fascynujące zakamarki. Stałem się fanatykiem.

I tak też nastąpiło moje inicjalne bliskie zetknięcie z Trickym. Miażdżące. Bo Tricky na Blue Lines wnosił nieskazitelne bossostwo. "Can't be with the one you love / Then love the one you're with", rozpoczynał leniwie jeden z hip-hopowych kawałków wszechczasów. Gościnnie, unikał natrętnego absorbowania odbiorcy, emanując wysmakowanym, stylowym luzem. Luz ten posiadał wszak multum odcieni: narkotyczny, hipnotyzujący, liderujący, chorobliwy, nieobliczalny i neurotyczny. Napotykamy również pozornie nieśmiałe próby autokreacji, z serii "People call me Tricky for particular reason", wypadające bardzo sugestywnie. Wypowiadane trzy lata później na Protection kultowe zdania typu "You're sure you want to be with me / I've nothing to give" czy "Hell is round the corner where I shelter" los miał wskrzesić za moment na solowym debiucie "rapera". Tricky bowiem rozstał się z kolegami, prawdopodobnie, według opinii Daddy'ego G, na tle ambicjonalnym. Co akurat łatwo zaakceptować, znając wybujałe ego artysty.

"No i co, w sumie lepiej że tak się stało. Powstało więcej zajebistych płyt". Naturalnie, pochłaniając kolejne pożyczane / kupowane krążki jak dziecko, przerzuciłem się wkrótce na autorską dyskografię Tricky'ego. I jeśli Massive teleportowali podskórny duchowy niepokój za pomocą atmosferycznych, wyciszonych środków, to Tricky wikłał studium post-modernistycznej psychozy, zaprzęgając krystalicznie brytyjski akcent do impresyjnych deklamacji na tle nocno-koszmarnych podkładów. (Jak zauważył Kamil, ekipa Massive tylko ćmiła trawę; Tricky to heroinowiec.) Te poszarpane estetycznie dziełka zawsze intrygowały, czy było to Maxinquaye o statusie standardu, oscylujący na obrzeżach kontrolowanej schizofrenii projekt Nearly God, żyjące do imienia Pre-Millennium Tension czy mroczne, ekstremalnie psychodeliczne Angels With Dirty Faces. Co ważniejsze, uskuteczniając projekcje tworkowych wizji, Adrian retuszował krajobraz stylistyczny współczesnych gatunków około-hopowych.

Wydany w połowie 2001 album Blowback, naszpikowany kontrybucjami rozmaitych sław (ludzie z Red Hot Chili Peppers i Live, Alanis Morissette, Cyndi Lauper), stanowił dramatyczne zestąpienie w dół. Obliczony na komercyjny sukces, raptem pozbawił Thawsa argumentu "alternatywności". Przy miernym poziomie niespodziewanie przearanżował scenerię wokół respektowanej dotąd indywidualności. Zadziwiające, jak dziś łatwo zmarnować reputację w przeciągu dwóch wydawnictw: jeszcze niedawno ciężko było pogodzić się z porażką Blowback, a już martwi potwierdzenie fatalnej obecnie dyspozycji na najnowszym Vulnerable. Różnica jest jednak wyraźna; przynajmniej, Blowback miało jasno określony, mainstreamowy sznyt, spełniając funkcję zjadliwej papki dla ograniczonej publiki wychowanej przez MTV. Vulnerable natomiast, nie trafia do nikogo. Zawierając amatorską namiastkę najbardziej synematycznych spośród przeszłych, "alternatywnych" dokonań Tricky'ego, rozczarowuje jego dawnych fanów. Zaś masy karmione na co dzień nu-rockiem nie mają tu czego szukać.

Wszystkie odrobinę (and when I say odrobinę, I say *odrobinę*) sensowne kawałki Vulnerable ("Antimatter", "What Is Wrong", cover "The Love Cats" The Cure) robią na człowieku obeznanym z vintage Trickym takie wrażenie, jak wiadomość o piaskowej burzy w Surinamie, która odbyła się w roku 1857 (blefowałem). Czyli żadne. Ale Tricky próbuje zastosować modny ostatnio zabieg przywracania "credibility". Anti to w końcu nie kreskówki Disneya. Brak znanych nazwisk. I wreszcie, podkreślenie przywiązania do sceny niezależnej poprzez najbardziej działający mi na nerwy fragment płyty, cover "Dear God" XTC. Widzicie, jestem osobiście zaangażowany w tę piosenkę, bonus track w kompaktowej edycji mojej prawdopodobnie płyty lat 80-tych, amerykański singiel z owych czasów. Tak jak na Blowback gamoń sprofanował "Something In The Way", tak tu znęca się nad poruszającym intymnością wyznaniem Partridge'a, angażując tradycyjnie obok własnego burczenia beznadziejną siksę, rozumiejącą z tego tekstu pewnie tyle, co przeciętny buc z teorii względności. To boli.

Borys Dejnarowicz    
12 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie