RECENZJE

Tricky
Blowback

2001, EMI 4.8

No dobrze, powiedzmy że płytę wydaje jakiś nieznany zespół, dajmy na to z Jamajki. Myślimy sobie: ciekawe, dobrze, że od czasu do czasu wychodzą takie albumy. A po kilku przesłuchaniach przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Płyta odchodzi w zapomnienie i nie pozostawia nawet śladu w naszej pamięci. Nie warto przecież tracić czasu na przeciętne lub zaledwie dobre wydawnictwa, kiedy kilkanaście tysięcy lepszych płyt czeka sobie na nas na półkach sklepowych. Trochę to smutne, ale Tricky, jak wiadomo, wcale nie jest nieznanym zespołem z Jamajki. O tym, kim jest Adrian Thaws i jego wpływie na współczesną muzykę elektroniczną nie ma sensu nawet mówić. Warto natomiast przytoczyć to, co na swój temat przy okazji wydania Blowback powiedział sam artysta: "Kiedy przygotowywałem ten pierwszy album [Maxinquaye - przyp. mz], marzyłem o zmianie świata. Po kilku latach zdajesz sobie sprawę, że to ci się nie uda i że to wszystko to kupa gówna. I w porządku, dalej tworzysz. Ale teraz wróciło to marzenie. Muzyka stała w miejscu przez pięć lat i nadszedł czas, żeby ją znowu wywrócić do góry nogami". Czy tylko ja dostrzegam tutaj rozpaczliwą próbę przekonania publiczności, że dość mierna płytka jest tak naprawdę wybitnym dziełem sztuki?

No, może za bardzo uwziąłem się na tego nieszczęsnego Tricky'ego. W końcu sam Thaws przyznaje, że jest to jego najbardziej radosny i komercyjny album, rezultat zmian w życiu osobistym, uwolnienia się z depresji, w której pogrążony był przez ostatnich kilka lat. Często, kiedy twórca jest z życia zadowolony, potrafi ucierpieć na tym jego sztuka. Przede wszystkim, pierwszym błędem Tricky'ego było zaproszenie tylu znanych gości. O ile obecność mieszkającego na Bronxie Jamajczyka Hawkmana, świetnego znajomego artysty, jest w pełni uzasadniona, a nawet pożądana, o tyle udział w przedsięwzięciu sław pokroju Anthony Kiedisa, Johna Frusciante, Flea i Eda Kowalczyka zaowocował najsłabszymi kawałkami na płycie. Ogólnie to całe stylistyczne wzbogacanie materiału wypadło nadzwyczaj mizernie.

Ale jest jedna rzecz na Blowback zaskakująca. Otóż okazuje się, że wspominany wcześniej Hawkman odcisnął na albumie swoje wokalne piętno, wcale nie w mniejszym stopniu niż Tricky. Często to właśnie reggae'owe wokalizy Jamajczyka stanowią jedyną atrakcję w dosyć zwyczajnej kompozycji – tak jest chociażby w przypadku dynamicznego "Give To 'Em" i duetu z Ambersunshower, "Over Me". Natomiast kawałek "Girls" z gościnnym udziałem wokalisty i gitarzysty Red Hot Chilli Peppers delikatnie mówiąc nie powala. W przeciwieństwie do wyszukanych rymów jakimi raczą nas Tricky i John Frusciante: "boys-boys-boys-boys-boy-boy-Roy-kicking-stick him, boy-boy-boy-boy". Nie dużo lepiej wypada "#1 Da Woman" – niesamowity bas Flea jak zwykle rozpoznaje się od pierwszych sekund, ale melodia refrenu zaśpiewanego przez Frusciante jest już tak wtórna, że cała piosenka staje się zaledwie znośna. Z resztą słabych utworów na Blowback na pewno nie brakuje. Bo co dobrego można powiedzieć o "You Don't Wanna"? Przecież gdybym chciał posłuchać piosenek Annie Lennox to kupiłbym płytę Eurythmics. "Your Name" z kolei kryje w sobie niewątpliwy urok. Prawdopodobnie gdybym ten kawałek usłyszał mniej więcej w połowie lat 80-tych, a więc w okresie, na który przypada moja przygoda z przedszkolem, byłbym oczarowany.

Na stosunkowo wysoką ocenę dla najnowszego dokonania Bristolczyka zapracowuje kilka utworów umieszczonych pod koniec albumu. Mowa tu głównie o zaśpiewanym wspólnie z Cyndi Lauper "Five Days" i najostrzejszym na płycie "Bury The Evidence", który dzięki przestrzennym partiom klawiszy i metalowej gitarze w części środkowej trochę upodabnia się do co patetyczniejszych fragmentów z repertuaru Faith No More. Na tle całej płyty dosyć dobrze prezentuje się nagrany z trójką Japończyków "A Song For Yukiko" oraz "Diss Never", kolejny kawałek, w którym swojego głosu użyczył Hawkman. Na "A Song For Yukiko" kończy się oficjalna lista utworów. I być może gdyby ostatnie dźwięki tego melancholijnego nagrania były również ostatnimi na i tak nienajlepszej płycie, można by się jeszcze zastanawiać nad zasadnością niskiej oceny. Na nieszczęście otrzymujemy jeszcze dwa dodatkowe kawałki: zupełnie nijaką piosenkę "The Hawkman Is Coming" oraz przeróbkę singlowego "Evolution Revolution Love", godną niepełnosprawnego disco-polowca. Przyznam się szczerze, że rzadko napotykam płyty, na których autorzy parodiują własne dzieła, i to w dodatku z tego samego krążka.

Michał Zagroba    
3 listopada 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy