RECENZJE

Travis Scott
Astroworld

2018, Epic / Cactus Jack 6.4

Już od pewnego czasu obserwuję tego GAGATKA i jakoś ciężko mi go w pełni polubić. Jacques Webster to łebski koleś: nie siedzi w miejscu i dokładnie wie, w jakich czasach żyje; przy piosenkach/trackach wspomagają go kumaci zawodnicy (tym razem choćby James Blake, Kevin Parker, Drake czy Frank Ocean), co w konsekwencji sprawia, że Travis wraz z gośćmi lecą na całkiem niegłupich bitach; ma to swoje plastyczne "yeah yeah" i ogólnie chyba chce przekonać każdego, że jego wizja pop-trapu jest unikalna. Krótko mówiąc: Travis chce być Kanye Westem vol. 2. A przynajmniej chciał być na Astroworld – teraz mogło mu się już trochę pozmieniać, ale trochę w to wątpię. Dla mnie jednak pan Webster jest takim mainstream-trapowym robotem (wcale nie spoglądałem na okładkę Rodeo), który najpierw zbiera dane, potem przez jakiś czas wszystko mieli, a na końcu tworzy protokół i wykonuje zadanie. Wszystko automatycznie, bezrefleksyjnie i skutecznie. I to mi właśnie nieco przeszkadza.

Słucham Franka Oceana na rozbuchanym, świetlistym bicie "Carousel" i zastanawiam się, co on tam robi (brzmi jakby znalazł się tam za karę). Dla mnie wszystko wypada tu niewiarygodnie, żeby nie powiedzieć sztucznie. Jest tu gdzieś Drake? Spoko, dokleimy go do "Sicko Mode" i będzie benger. Dobra, teraz może jakaś ballada, najlepiej w stylu Kanyego. Weźmy Swae z Rae Sremmurd, żeby coś zaśpiewał, doda się parę efektów i luzik, mamy to. Wiadomo, oczywiście żartuję jak Jacek Jońca, ale słucham tych świetnie wyprodukowanych numerów i nie mogę pozbyć się wrażenia precyzyjnej kalkulacji. Ktoś może powiedzieć, że to żadne odkrycie, bo w zasadzie cały mainstream się na tym opiera. Zgoda, ale tak się jakoś składa, że przy albumach Travisa to wszystko mnie razi, a słuchając innych płyt bezboleśnie się nabieram i zupełnie mi z tym nawet dobrze.

Przyznam się jednak, że przy niektórych trackach z Astroworld trochę zapominam o moim osobistym uprzedzeniu. Choćby przy "Stop Trying To Be God" skupiam się na dziwacznej quasi-kodzie Blake'a, ulegam fuzji 60sowego psych-rocka pana Parkera oraz kontrolowanej westowskiej dezynwoltury w "Skeletons", jestem oczarowany swobodnym elektronem "Astrothunder", od którego odbija się tysiąc kolorów, no i urzeka mnie zacinający się trochę po myśli Scotta Herrena (oczywiście nie na tak radykalną skalę) closer "Coffee Bean". Dodajmy do tego openera "Stargazing" ze śpiewającymi androidami i typowym dla Travisa beat switchem i mogę wystawić szóstkę w miejscu oceny. Życzyłbym sobie tylko, aby jednak Travis wreszcie wymyślił jakiś konkretny sposób na siebie, bo jak na razie przegrywa u mnie ze sporą ilością ziomków, dla których wyrazistość to podstawa. Ale jestem dobrej myśli i pod koniec kolejnej dekady spodziewam się czegoś grubszego od pana Webstera – w końcu wszystko się może zdarzyć. No i Kylie Jenner też się pewnie ucieszy.

Tomasz Skowyra    
12 grudnia 2018
BIEŻĄCE
Pikers"Klatkaż"
Piotr KurekPolygome