RECENZJE - BRUDNOPIS

Travis
Ode To J. Smith

2008, Red Telephone Box 4.9

Spójrzmy prawdzie w oczy. Travis po The Man Who zaczął niefortunnie przynudzać. Zresztą było już o tym na Porcys nie raz. Na przykład Borysewicz przy okazji reckowania The Invisible Man pisał: "Fran Healy wyciął sobie na głowie dziwacznego irokeza. No, akurat to mało mnie interesuje, ale gorzej, że jednocześnie zapomina trochę, co to znaczy dobra piosenka [...] Wyszedł z błędnego założenia, że kopiując samego siebie stworzy coś równie milutkiego. Ale nie, milutkość piosenek często tkwi w ich świeżości". Podobnie Jacoza, który karcąc 12 Memories przekonywał: "Nudnawe popłuczyny, wyświechtane melodie i jak na lekarstwo świeższych motywów – to nie jest to, co tygrysy lubą najbardziej". Z Odą na pierwszy rzut oka jest inaczej. Momentami bywa ostrzej, momentami wkrada się prawdziwy *rock*, pojawiają się nawet jakieś chóralne zaśpiewy (lol), ale nie dajmy się zwieść – to są ciągle te same płytkie piosneczki, które spływają po nas jak... każde płytkie piosneczki. (Nie, nie rusza mnie singiel "Song To Self" – słyszałem łudząco podobne melodie zbyt wiele razy.) Zabawne, że wyłączając solidne "Something Anything", najlepiej wypadają tu właśnie wtórne, ale słodkie pop-balladki, od których Szkoci najwyraźniej już się nie uwolnią ("Last Words", "Friends"). I nie mielibyśmy im tego za złe, gdyby przestali się wygłupiać z jakąś rokerką, bo jako "muzyka do tła" są całkiem całkiem.

Paweł Greczyn    
9 maja 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja