RECENZJE

Travis Morrison
Travistan

2004, Barsuk 4.3

Trudno było się spodziewać po solowym debiucie Travisa Morrisona tego, co dobre. Być może łatwo tak mówić teraz, gdy Travistan ujrzał światło dzienne i jednocześnie spełniły się antycypacje pesymistycznie nastawionych wróżek i wróżów. Z drugiej strony wielkość Dismemberment Planu, jak rzadko kiedy w historii muzyki, rozkładała się na poszczególnych członków zespołu niemal po równo. Postać Axelsona (basisty), postać Caddella (gitarzysty), postać wreszcie Easleya (perkmana)! Morrisonowi niejako z urzędu należał się największy kawałek tortu z dedykacją dla jednego z kilku najkonkretniej wymiatających zespołów przełomu dekad. Ale wielkiej dysproporcji przy rozdziale nie było, co oznacza, że osamotnionemu Travisowi nieporównywalnie trudniej było wymieść teraz, niż choćby jeszcze trzy lata temu.

I tak gubi się autor Travistanu na każdym gruncie, co prawda z różnym natężeniem. Nie udało mu się stworzyć wyraźnej koncepcji odnośnie kierunku, który należy obrać. Nie poszedł w hip-hop, jak przypuszczał redaktor Dejnarowicz po lekturze listy płyt wszechczasów zainteresowanego, umieszczonej parę miesięcy temu na travismorrison.com. Parę rytmów można by najwyżej skojarzyć z bitem ("People Die"), jednak obsadzony za garami perkman Death Cab For Cutie pilnuje rockowego zabarwienia zestawu. Morrison z kolei, świadomie lub nie, dba by jego piosenki przynajmniej brzmieniowo nie oddaliły się za bardzo od tego, czym parał się jeszcze kilka lat temu. Przemykają skrawki łagodniejszego Change, są to niestety skrawki jeszcze bardziej rozmiękczone i spłaszczone. Frontman Planu całkowicie oddalił się tym samym od post-punku; nikły ślad czegoś takiego jak wrzynająca się gitara nawiedza nasze progi jedynie we fragmencie "Word Cop". Poza nim obcujemy ze spopowiałym Morrisonem łagodnym lub ze spopowiałym Morrisonem smutnym.

Skoro nie forma, to treść. Z założenia zatem meritum Travistanu winny być punkty przecięcia linii dobrych tekstów z liniami wartościowych kompozycji. I mniej więcej jedną trzecią krążka zamieszkują takie właśnie pozycje. Zabawny "Two Front Theeth, Parts 2 And 3" buja, tym bardziej gdy wsłuchamy się w historyjkę straty tytułowych dwóch przednich zębów. "Now you can find good in getting teeth knocked out if you try / The ladies all sigh when you tell'em how you didn't fight back / The whistling skills have improved". Utwór prowadzony jest po chwili na jałowe pustkowia, lecz tylko po to, aby ze zdwojoną siłą powrócić z apelem "All I want for Christmas is my two front teeth". Błahy ten tekst, owszem, natomiast napięcie pod nim zbudowano niezwykle udanie. Na wymienienie zasługuje również ciekawe "Born In '72" z klasyczną pewnie dla niektórych linijką "Born to everything good / For reasons still not understood". Tego typu świeżych chwil jest tu całkiem sporo, do genezy dawnej glorii Morrisona nijak się natomiast nie mają, może poza wyśmienitą melodią refrenu czteroczęściowego "Get Me Off This Coin".

Bywa i tak, że domniemane podstawy piosenek solowego debiutu Travisa boleśnie się ze sobą rozmijają. "Change" nie wadziłoby, gdyby nie żałosny tekst – "Moses could be a bitch with the capital B"? Pan to schowa i już więcej nie pokazuje. "Angry Angel" trąci napowietrzonym klawiszami patosem i kompozycyjnym pustkowiem. A taki "Che Guevara Poster" z kolei to od szesnastu miliardów piosenek, które ród ludzki stworzył od wczesnych nagrań Adama i Ewy, wyróżnia się najwyżej fajnym tytułem. Dominacja takich tracków sprawia, że z Travistanu bije przede wszystkim smutek i irytacja. I jeśli to pierwsze podsuwa melancholijne "Any Open Door" (ach te pacnięcia w Morrisonowe akordy), tak to drugie to wynik kłującego w oczy faktu – wartość tych czterdziestu dwóch minut można by zmieścić w czterdziestu dwóch sekundach Emergency And I.

Jędrzej Michalak    
16 listopada 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja