RECENZJE

Towa Tei
Sunny

2011, Mach Beat 6.9

Zastanawialiście się już czego będziecie słuchać tego lata? Propozycja Towy Tei jest ciężka do odrzucenia. Skoro album nazywa się Sunny, to można po nim oczekiwać solidnej ścieżki dźwiękowej do plażowania i wakacyjnych wycieczek.

Tym razem Towa trochę uprościł swoje produkcje i postawił na przebojowość, jeśli więc dla kogoś j-pop Nakaty jest zbyt przekombinowany, to już słuchając tej płyty powinien bawić się rewelacyjnie. Sunny składa się z pięciu rewelacyjnych singli i siedmiu raczej instrumentalnych wariacji wokół słonecznego lenistwa i wieczornych plażowych hulanek. Nie każdego z tych drugich można nazwać wypełniaczem, choć niektóre nie dotrzymają kroku wokalnym przebojom, od których zacznijmy. "Alpha" z Taprikkem Sweezee (znanym z "Taste Of You") to podpalające parkiet nu-disco i funkowe r&b utrzymane w duchu Prince'a z "U Got The Look", "Kiss" czy "Lolity". "Marvelous" jest lekko tundrowo zdekonstruowaną polną piosnką z infantylną Japoneczką puszczającą latawce. Skrzyżowany pop z microhousem, jaki odnalazł swe miejsce na Body Language Kylie, Towa Tei przypomina w "The Burning Plain", absolutnym highlighcie zestawu, wyposażonym w refrenie w olśniewającą swoją melodią frazę "Whatever that you do, I do / Whatever that I do, you do". Jest to tym bardziej gotowy materiał na repeat, bo kończy się tak nagle, że ciężko na to pozwolić.

Wyluzowana, pozbawiona nerwicy M.I.A. jak w "Sunshine", czy "Sunshowers" to dość oczywiste skojarzenie pojawiające się podczas słuchania i podskakiwania do "Teenage Mutants" z Miho Hatori, choć wywrócona samplerka to nieco french-house'owe patenty, do odnalezienia choćby na ostatnim Jensen Sportag. Proste i efektowne. Podobnie jak "Get Myself Together", kolejna udana jacksonowa udawanka, nieco przypominająca tegoroczne "Fantasy" Breakbota.

Najfajniejsze z instrumentalek jest zmrożone reggae w "Melancholic Sunshine", tak zaskakująco przerywające "The Burning Plain" i wywracające nastrój poprzedniego utworu na lewą stronę, charakteryzujące się też miejscami wręcz jokerowymi pociągnięciami synthami. "Upload" nadaje się do skakania na plaży, choć jest nieco archaiczne – podobną podcinaną samplerkę ponad dziesięć lat temu stosowali Dimitri From Paris i Thomas Bangalter. "Park" pachnie bryzą, jaką zapewniali nam Studio i Air France. "Cloud" można zarzucić nieco bezcelową repetycję, pozostałym utworom nieco zbyt dużą szkicowość, choć jeśli ktoś lubi 2-step to na takie "Ruffle" obrazić się nie może.

Jeśli jednak przyjąć, że to jest płyta przeznaczona do słuchania choćby podczas popołudniowych drzemek na hamaku, to te "przerywniki" doskonale wpisują się w klimat, za to pojawiające się między nimi przeboje zabezpieczają śpiochów przed słonecznymi poparzeniami. Pozycja obowiązkowa dla miłośników tzw. wakacyjnej muzyki.

Kamil Babacz    
24 maja 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja