RECENZJE

Tough Alliance
A New Chance

2007, Sincerely Yours 6.8

Recka drugiej płyty synth-popowego duetu Tough Alliance mogła się znaleźć w tej rubryce już w sierpniu tego roku, niestety nie zawsze wszystko układa się tak, jakbyśmy to sobie wykoncypowali. Podczas wakacyjnego zwiedzania Sztokholmu z Kasią oczywistym punktem obowiązkowym były wizyty w szwedzkich sklepach muzycznych, w jednym z nich na słuchawkach dokonałem dziewiczego odsłuchu A New Chance. "O, nieźle to chodzi, takie fajniejsze Embassy, biorę" stwierdziłem w myślach, ale szybka wiwisekcja zawartości mojego portfela momentalnie sprowadziła mnie na ziemię. Album, którym wstępnie zainteresowałem się już latem dotarł zatem do mnie dopiero jesienią po uprzednim dokonaniu zamówienia w Sincerely Yours. Czy warto było czekać?

Jest to wydawnictwo na pewno logicznym rozwinięciem wątków z interesującego, acz nierównego debiutu wydanego jeszcze przez Service. Kawałki tak wyśmienite jak "Take No Heroes" (zsamplowany przez Lekmana na Night Falls Over Kortedala w "I'm Leaving You Because I Don't Love You"), "Babylon" czy tytułowy, którego podkład chwilami przywodzi na myśl dokonania Knife sąsiadują na The New School z ewidentnymi wpadkami (choćby "Keep It Pure"). Nie inaczej jest na A New Chance – choć to krążek krótszy i na pewno lepszy od pierwszego LP Henninga Fürsta i Erica Berglunda wciąż nie jest on wolny od pewnych, nieznacznych mielizn. Szkoda, tym bardziej że mają panowie w swoim repertuarze choćby taką perełkę jak "Silly Crimes", dostępną jedynie na EP-ce New Waves: gdyby ten track znajdował się wśród piosenek zawartych na albumie czytalibyście o dziele aspirującym do miejsca w moim tegorocznym podsumowaniu. Niestety, brak tego mistrzowskiego przeboju, a przede wszystkim obecność "Miami" i "Looking For Gold" znacznie zmniejszają szanse sofomora Tough Alliance na wzmiankę przy okazji topu 2007.

Pierwszy ze wspomnianych wyżej numerów jest nieudaną próbą przywołania klimatu rave'owych imprez. Ilość słów sprowadzona niemal do minimum, dziecięcy śmiech i zaśpiewy w tle, kompletnie mnie to nie przekonuje. Na pewno najsłabsze ogniwo drugiego longplaya duetu, znacznie odstające od pozostałych fragmentów przede wszystkim ze względu na brak zapamiętywalnej melodii. Tę z kolei posiada następny winny – "Looking For Gold". Cóż, jakkolwiek melodyjne by to nie było – na reggae jestem uczulony, nie trawię, zazwyczaj nie jestem w stanie bezproblemowo zdzierżyc nawet w tak znikomej dawce jak w tym utworze.

Na szczęście te dwie wpadki nie są w stanie przesłonić oczywistego faktu, iż reszta płyty wymiata. Może drażnią jeszcze nieco otwierające i kończące album zsamplowane arabskie głosy, choć słyszałem opinie, że funkcjonują na zasadzie fajnej klamry. Dla mnie zupełnie niepotrzebnej i chętnie udam, że jej na A New Chance nie ma. Krążek otwiera porywający do tańca "Something Special" oparty na świetnej partii synthów i ukrytych nieco w tle smykach, zachwycający rozpoczynającym się na wysokości 2:53 fragmentem, w którym wokalom towarzyszy jedynie delikatny bit. "You're worth something special, you're worth something real": tekst refrenu jakby obiecywał słuchaczowi, że reszta wydawnictwa nie zejdzie poniżej poziomu wyśrubowanego przez openera. Nadzieję tę potwierdza chyba najbardziej znany numer Henninga i Erica – "First Class Riot". Już wcześniej oskarżani o gloryfikowanie chuligaństwa (niczym Mozz o wspieranie nazizmu – na marginesie: nie wiem czy już skumaliście, że mamy powtórkę z rozrywki, że to się dzieje ponownie, że chyba mamy znów 1992) nic sobie z tego nie robią czyniąc tęsknotę za zadymami tematem swojego najbardziej zaraźliwego numeru. Niczym Lekman z nostalgią wspominający uliczne zamieszki w swoim "Do You Remember The Riots?" ziomy, z którymi Jens podobno grywa w badmintona, nawołują: "Don't you die yet, first class riot" i przewrotnie określają zadymy mianem czegoś, co jest "bright and pure". Tą wykalkulowaną prowokacją przypominają nieco CKOD z okresu pierwszej płyty. Szwedzi idą jednak jeszcze dalej: nie oblekają liryków do "First Class Riot" wściekłą, punkową kanonadą gitar, lecz zwiewnym, przesłodzonym elektro-popem klawiszy i, znów, smyków. Zajebiste.

Równie mocnych doznań dostarcza tytułowy track z optymistycznym przesłaniem w chorusie ("Any day is a new chance") i następujący zaraz po nim eightiesowy "The Last Dance". W "Neo Violence" goście kpiąc ze swojego zamierzonego braku synchronizacji z playbackiem w trakcie koncertów ponownie rozprawiają się z wizerunkiem, jaki stał się ich udziałem w rodzimej Szwecji, wszystko na tle celowo siermiężnej elektroniki niczym z nagrań Bronski Beat przyprawionej różnorodnymi samplami w backgroundzie. Album zamyka "1981-", który brzmi momentami jakby na gościnne występy duet zaprosił chłopaków z jednego z indiańskich plemion grywających na reprezentatywnych placach dużych miast jak Europa długa i szeroka (jak byłem mały, to myślałem że to wszędzie jedna i ta sama ekipa występuje i zawsze dziwiło mnie, że się tak sprawnie ten zespół przemieszcza, bez kitu). Jestem jednak w stanie to drobne nieporozumienie wybaczyć, bowiem utwór się broni – paradoksalnie i wbrew wszelkiej logice: wszak połączenie elektro-popu i indiańskiego instrumentarium (ten flet, wtf) na papierze naprawdę nie brzmi obiecująco.

32 minuty, 8 numerów, 2 wpadki, 1 rewelacyjny singiel, 5 niemal równie mocnych fragmentów – ta lepsza strona mojej osobowości podszeptuje: "daj kolesiom siódemkę, daj, co Ci szkodzi", ta zła zaś doradza: "siódemkę? że niby listowa płyta? żarty". Ech, chciałbym choć przez chwilę odnaleźć w sobie dobro, ale przeklęte "Miami" i "Looking For Gold" naprawdę mi na to nie pozwalają...

Tomasz Waśko    
3 grudnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie