RECENZJE

Tosca
J.A.C.

2005, !K7 6.6

Właściwie to nie powinno być tu dużo rozpisywania się – na swoim czwartym regularnym krążku dwóch austriackich producentów konsekwentnie robi swoje i nie zaskakuje praktycznie niczym (nawet formalnie, bonusowym dyskiem z pianistycznymi wprawkami, czy coś). Ale też godna wzmianki jest KLASA z jaką kolesie robią to "swoje". Niby J.A.C. wyraźnie ustępuje odkurzonej parę dni temu w suplemencie Suzuki, natomiast podoba mi się RASOWOŚĆ panów Dorfmeistera i Hubera. Rozpoczynają od dwu killerów, o których od początku mógłbym powiedzieć "ja gdzieś je słyszałem", bo wywołują porządne dźwiękowe deja vu. Lecz nie – to tylko złudzenie. To są ich świeże kawałki panie dzieju. W "Rondo Acapricio" miarowe kreski basu nadają kształt przestrzennym brzdękom pianina. "Heidi Bruehl" usadawia czyste chwyty akustyka obok żeńskiego zaśpiewu francuszczyzną ("Je preeeeeeends" i tak dalej). Oba należą do czołówki dokonań mistrzów wyrafinowanego chill-outu. W czasach gdy nowych płyt słucha się po pierwszych trzech trackach, Tosca mogłaby stać się światową sensacją (ponieważ "Superrob" to jakby odrobinę bardziej dynamiczna koda dla "Heidi Bruehl" i równie ładna). Potem nie gra już może spektakularnie, a i przynudzić się jej zdarza. Aczkolwiek materiał ciągle uśmiecha się do nas, próbując nawet dać trip-hopowym wprawkom piosenkową osnowę (takie "Züri" czy "Forte" przykładowo brzmią jak kolaboracja Massive Attack z Kings Of Convenience). Miękko-popowa melodyka, smooth-jazz, refleksyjno-surrealne bleepy, niezliczona ilość dyskretnych efektów na stonowanych samplach – I like it, a lot.

Borys Dejnarowicz    
10 marca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja