RECENZJE

Tortoise
It's All Around You

2004, Thrill Jockey 5.0

Chyba po raz pierwszy w swojej dziesięcioletniej historii Tortoise nie zaskakuje niczym nowym i oryginalnym, eksploatując głównie koncepcje charakterystyczne dla dwóch wcześniejszych krążków, a nawet wykorzystując elementy self-titled i Millions Now Living. Przy czym zamiast wyciągania esencji, uprawia się wyławianie fusów, podając ten wątpliwej jakości, zrecyklowany produkt w świeżej oprawie. Albo niewiele zostało po dawnej wielkości albo ten nadprzyrodzony szósty zmysł opuścił na chwilę zespół. Mało który fragment It's All Around You zasługuje na nie deprecjonowanie jego wartości. Do takich być może należy opener, gdzie misternie splecione wstążki, kokardy i dźwiękowe falbanki w pozytywnym sensie odsyłają do koronkowych rozwiązań Standards. Na dzień dobry goście prezentują to, w czym od TNT okazują się absolutnymi mistrzami – płynne wyplatanie ścieżki dźwiękowej do abstrakcyjnych rzeczywistości z dystynkcją, jakiej pozazdrościć im mogą wszyscy post-rockowi aspiranci. Wijące się, znikające i powracające wątki, romby, kwadraty wzajemnie się przenikające i uzupełniające tworzą monolit, kolorystyczną, ale spójną, zacną tkaninę.

Niestety, po chwili, bezboleśnie i z gracją Tortoise spływa w przeciętność na średnio porywających, atmosferycznych ambient-techno-popowych żeglugach "The Lithium Stiffs". Chłodne, puszyste fale powietrza i delikatny kobiecy wokal subtelnie muskają twarz, nie powodując jednak najmniejszego dreszczyku emocji na karku. I powiem może, że "Xtal" to to cholera nie jest. Dla McEntire'a kompozycje tego pokroju powinny raczej pozostać wśród niezrealizowanych szkiców, jeśli Tortoise nie chce ścigać się z artystami, którzy od lat żyźniej orzą podobną glebę, jak Biosphere, czy tymi zwyczajnie niższego sortu, w rodzaju Telefon Tel Aviv albo Chromeo. Korzystniej prezentują się przestrzenne, orientalne, syntezatorowo-wibrafonowe ilustracje "Crest", prowadzone na bazie medytacyjnego pulsu i w swojej tęsknocie odnoszące się jakby do klimatów dalekowschodniej zadumy. Jednak nadal, gdy przypomnimy sobie co w sferze malowania dźwiękowych obrazów wyprawiali Chicagowcy na eksplodującym pomysłami TNT, obecne próby wypadają nadzwyczaj blado. Ślamazarny "On The Chin" to przysypiający Standards at its most forgettable. Fucken! Sama druga część "Seneki" zawierała więcej ciekawych treści niż ten calutki nowy krążek.

Grzechem głównym It's All Around You wydaje się dostojne, lecz lekko snobistyczne zagłębienie w hermetyczny świat nieprzystępnych pasaży i skomplikowanych labiryntów. Epickie podróże basowe, rozczłonkowanie narracji, przy pewnym określonym vibie i nad wyraz "poważnej" ekspresji przybliżają Tortoise do czarnoty współczesnego prog-rocka, z gatunku tego, co to zwykło się chwalić za otwartość i nie zrzynanie z Genesis. "Stretch (You Are All Right)" trzyma jeszcze napięcie wciągającymi progresjami dzwonków, realizacją brzmienia i kontrastowym zestawieniem dyscypliny z rozimprowizowaniem. Wielopłaszczyznowa produkcja tego utworu godna jest ucha konesera: dwa basy, reverby, metaliczne rezonanse i syntezatory składają się na złożoną grę barw balansującą na granicy czytelności i dzięki temu interesującą.

Niestety, w przypadku większości pozostałych kompozycji niezwykle trudno znaleźć coś dla siebie. Wędrówce po para-matematycznych konstruktach niezmiennie towarzyszy poczucie dotkliwej alienacji, niezrozumienia, a przede wszystkim – chęć udania się na spoczynek. Tortoise gubią się, a raczej gubią zmęczonego słuchacza w monotonnych pejzażach bez jednego solidnego tematu i mrocznych, transowych impresjach ("Unknown" i "Dot / Eyes" przykładem), zgoła nie pochłaniających. Jeśli intensywne, symetryczne struktury "Stretch" czy "It's All Around You" pełnią jeszcze funkcję pociągających intelektualnych zagadnień, pozostałe tracki dryfują w sfery rozkojarzonego, plumkającego nudziarstwa, równie zajmującego dla przecięnego zjadacza chleba, co całkowanie i geometria sranalityczna. Gwałtowne przeobrażenie dynamiczne "Salt The Skies" to posunięcie niemal z gatunku "tonący brzytwy się chwyta": sztuczna reanimacja dokonywana na przejmująco zwyczajnej kompozycji, do jakich nie przyzwyczaili nas do tej pory Tortoise.

Sporadycznej satysfakcji dostarcza jedynie analiza na poziomie "molekularnym", jako że faktura dźwiękowa z pewnością do ubogich nie należy. Mózg przedsięwzięcia, Johna McEntire'a, z łatwością ruchającego wszystkich rockowych perkmanów w te i we wte, powinno się umieścić w szczelnie zamkniętym pomieszczeniu bez okien, sam na sam ze swoim zestawem, a przecież obok absorbujących partii lidera odnajdują ścieżkę przez ciemny gąszcz wibrafony, ksylofony, wszelkie idiofony, zmutowane scape'y, gitary na ciężkim reverbie, gitary na delayu etc. Niewątpliwie jest o co zahaczyć, ale zważywszy, że tego rodzaju bogactwo nie stanowiło specjalnej bolączki poprzednika (innymi słowy oszczędniejszymi środkami uzyskane zostały ciekawsze rezultaty), a materiał It's All Around You tak wyraźnie mu ustępuje (o trzech pierwszych dziełach nie wspominając), pocieszenie to kiepskie. Tym samym zapewne triumfują ci, których cały post-rock około-tortoise'owy, podobno zjadający własny ogon od dłuższego czasu, znudził gdzieś na wysokości pomiędzy TNT i Standards. Może, może. Z mojej perspektywy Tortoise zawsze pozostawało wzorem wielkiego zespołu, nie produkującego zbędnych dźwięków kierowanych w próżnię i redefiniującego własny styl z każdym kolejnym wydawnictwem. Dopiero najnowszy album zaprzepaścił ten wizerunek.

Michał Zagroba    
9 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie