RECENZJE
Toro Y Moi

Toro Y Moi
What For?

2015, Carpark 7.3

Kto nadal nie skumał esencji zjawiska Bundicka i powodów, dla których jego płyta znowu dostaje od nas tak wysoką ocenę, ten najwyraźniej mówi w zupełnie innym języku niż my tu na Porcys, toteż odpuszczę sobie szersze komentowanie recenzji What For? na Pitchforku, sygnalizując jedynie pewne recepcyjne upośledzenie argumentacji tam zawartej. Poczynania Amerykanina świadczą nie tylko o absolutnej apoteozie muzyki jako takiej, lecz również o swobodzie twórczej, materializującej się poprzez nagrywanie dokładnie tego, na co ma ochotę. Stąd Chaz mógłby być i bywa wszystkim – od kojącego, zawieszonego poza miejscem i czasem balsamu na dorosłość po enigmatycznego producenta-konferansjera, a dzięki szerokiej gamie trików, jaką dostarczyły mu lata wchłaniania najróżniejszych estetyk, i tej kluczowej umiejętności układania ich w spójną, logiczną całość jego dzieła to zawsze rzeczy co najmniej bardzo interesujące.

Tym razem Chaz postanowił – zgodnie z tym co zapowiadał jakiś czas temu – odejść odrobinę od wizerunku autystycznego geniusza i rzucić się w wir ewidentnie zespołowych, janglujących indie hymnów, a efektem jest krążek, który można porównywać do największych klasyków geek-rocka. Oczywiście to wszystko duże uproszczenie, bo na What For? w równym stopniu wpłynęło "She Said She Said" i idące za nim gruntowne odkurzenie kilku dekad psych-popu, fascynacja wilsonowską sztuką harmonizacji, nostalgiczne zauroczenie debiutem Weezera czy wszechobecna słabość do funkujących groove’ów. Już stąpające, start-stopowo skonstruowane "Buffalo", wydane jako drugi singiel, gubiło pavementowy pierwiastek "Empty Nesters", silniej nawiązując do Underneath The Pine i nie tracąc przy tym ujmującej naturalności. W wywiadzie dla magazynu FADER Bundick wspominał, że to właśnie ten utwór był dla niego przełamaniem blokady songwriterskiej i czymś w rodzaju drogowskazu dla kształtu i tonu albumu.

W praktyce otrzymujemy jednak coś znacznie bardziej zniuansowanego, ale przede wszystkim pełnego soczyście spreparowanych hooków. Już opener "What You Want" energicznie wjeżdża ze skaczącymi progresjami i siatką rozsianych, euforycznych motywów, unaoczniając kompozycyjną pewność siebie autora. Jeszcze mocniej można ją odczuć w "The Flight", leniwej, zamglonej mantrze, którą Chaz niespodziewanie przełamuje klawiszową melodyjką, jakby wyjętą ze starej pozytywki. Lennon mógł, to dlaczego niby nie on? Melodyjka ta powraca z resztą w "Lilly", rozcieńczającej co bardziej nietypowe odsłony Motown (think "Footsteps In The Dark" Isley Brothers) w gęstym psychodelicznym sosie na modłę Tame Impala. Najlepsze są jednak te bezpośrednio chwytliwe fragmenty krążka: opisywany wnikliwiej przez Wawrzyna "Empty Nesters", funkujący "Spell It Out" ze swoją mistrzowsko zacinającą gitką i gwiazdorskim falsetem oraz oparty na rozedrganej, kołysankowej melodii "Run Baby Run". Tu aż chce się wyjść wreszcie spod pościeli, założyć krótkie spodnie i wyskoczyć na miasto.

Trzeba jeszcze dodać, że What For? jest również wzorcowo zmiksowany. Bujne gitarowo-klawiszowe faktury i multigłosowe linijki wokalne zdradzają niemal wirtuozerię w nakładaniu ścieżek i jeśli w pewnym momencie wydaje się komuś, że słyszy więcej, niż teoretycznie powinien, to prawdopodobnie mu się nie wydaje. Po złożeniu tego wszystkiego do kupy wyszedł dosyć niepozorny, migoczący ciepłymi barwami album, którego niebranie na poważnie byłoby zasadniczym i smutnym błędem. Osobiście stawiam go wyżej niż Anything In Return.

Wojciech Chełmecki    
21 kwietnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie