RECENZJE

Toro Y Moi
Causers Of This

2010, Carpark 9.7

Kiedy mówimy (obecnie coraz częściej) "pisanie o muzyce nie ma sensu", to zwykle mamy na myśli charakterystyczną dla epoki post-internetowej inflację opinii i przeładowanie informacjami, które powodują, że upublicznianie własnych sądów na temat danej płyty czy piosenki mija się z celem, bo prawdopodobnie ktoś już to wcześniej powiedział. I nawet mistrzowie pióra, istni wirtuozi przekładania dźwięków na myśli, puenty, tezy – zwykle ledwie recyklują głoszone dawno hasła lub (to już duży sukces, choć wciąż niewiele wnoszący) dokonują sprawnej syntezy pojęć, terminów, szkół. Ich aktywność ma na pewno niepodważalną rolę edukacyjną dla osób stawiających pierwsze kroki w świecie muzyki rozrywkowej, ale u starych wyjadaczy obeznanych w temacie może co najwyżej wzbudzić chłodny szacunek za chęć, determinację, kompetencję, erudycję – i na tym się kończy, bo emocji to większych nie wzbudza, z wypiekami na twarzy się tego nie czyta. W 2010 wszystko można samemu sprawdzić, znaleźć i porównać w kilka sekund, więc na co komu recki czy artykuły.

Ale dostrzegam tu także pewien głębszy motyw "braku sensu". W miarę starzenia się zauważam jałowość praktycznie każdej debaty o "jakości" muzyki. Dyskusje nawiązujące do wszystkiego, co "wokół" muzyki zawsze urodzą coś ciekawego – stąd ogromna wśród erudytów popularność linii krytyki spod znaku Reynoldsa i okolic, zajmującej się głownie społeczno-kulturowym kontekstem nagrań, a nie nimi samymi. Zresztą, każdy "pozamuzyczny" aspekt muzyki może sprowokować fajną wymianę zdań – okładki, image, fotki wykonawców, warsztat, ich konferansjerka na koncertach, oczywiście plotkarskie rewelacje towarzyskie z życia mniejszych czy większych "gwiazd", no i zwłaszcza teksty, które choć potrafią niekiedy muzyce bardzo pomóc, to esencjonalnie nie mają z nią praktycznie nic wspólnego. Ba, nawet specjalistyczne analizy technologii wykorzystanej przy rejestracji i miksie ścieżek, dopóki tyczą się stricte parametrów, a nie upodobań brzmieniowych – można określić jako dziedzinę, w której istnieje miejsce na polemikę. Ale kłótnia o "jakość" samej muzyki? Jak niby miałaby wyglądać?

Szczególnie jeśli rozmówcy wyrastają z biegunowo odległych od siebie środowisk i prezentują kompletnie odmienny background. Mam kolegę, który twierdzi, że Bowie "zaczął się" dopiero w latach 90-tych, a wcześniej robił słabe rzeczy. Inny kumpel uważa album formacji British Sea Power za jedno z najlepszych wydawnictw lat dwutysięcznych, a dissuje Sunchild Thiefa. Kolejny posłuchał niedawno Beacons Of Ancestorship i się zachwycił, ale gdy poznał starsze dokonania Tortoise, to mu się nie podobały. Następny zaś, miłośnik rdzennie czarnego flejwa w rapie, nie wyczuwa bossostwa nawijki T.I. w "My Love". Znam też zioma, który ostatnio mi oświadczył, że Fall Be Kind to jest dopiero Animal Collective, które go przekonuje i ociera się o dziesiątkowość. Hm. Warto zaznaczyć, że każda z powyżej wspomnianych postaci jest niesamowicie świadoma muzycznie, świetnie obcykana merytorycznie w historii muzyki rozrywkowej i posiadła umiejętność swobodnej, błyskotliwej dekonstrukcji właściwie każdego zagadnienia związanego z muzyką.

Czyli co? Inicjalnie chciałbym w każdym z tych (i milionie podobnych) przypadków wykrzyknąć "ja pierdolę, pogięło cię, co ty, głuchy jesteś, ocipiałeś?". Ale gdy się nad tym chwilę zastanowić, to właściwie nie ma ani jednej "obiektywnej" cechy, która pozwalałaby uznać jeden fragment muzyczny za "lepszy" od drugiego. Owszem, laik znający 10 płyt musi uznać doświadczenie eksperta, który przesłuchał ich 1000, bo ma zwyczajnie uboższe pole odniesień. Ale jeśli siedzimy sobie w gronie pasjonatów, ufamy swojej wiedzy i przerzucamy się po prostu zajawkami, to każda próba przekonania rozmówcy z użyciem takich fraz jak "nie masz racji", "znam lepszą", "słabe te twoje typy" i tak dalej – zakrawa na dziecinadę. Grzechem głównym pozostaje tu chęć perswazji, udowodnienia czegoś, postawienia na swoim za pomocą ostatecznych, kategorycznych pojęć wartościujących typu "lepszy" / "gorszy". O wiele dojrzalej i mądrzej na dłuższą metę (choć może mniej efektownie w chwili wypowiadania) wyglądają słowa "lubię", "ulubione", "podoba mi się".

I teraz najważniejsze. Deklarowanie uwielbienia zawsze ma rację bytu, bo dotyczy jednostkowego przekonania. Ale kwestionowanie go i konfrontowanie ze swoim werdyktem to nic innego jak bzdurne "droczenie się", bo nie prowadzi do żadnej konkluzji. Wszyscy (melomani, znaczy się) regularnie popełniamy ten błąd – szczególnie często i ochoczo, gdy czujemy się komfortowo i pewnie w meandrach jakiegoś zagadnienia. Lecz to, czego możemy dowieść, nie podlega po prostu naszej opinii, tylko z definicji "dowodzenia" wynika z faktów – takich jak numer katalogowy, tytuł, czas trwania, nośnik, data premiery, kolor okładki, nakład, sprzedaż czy ilość koncertów promujących wydawnictwo. Te dane są zwykle powszechnie dostępne, więc dyskusja nad nimi to trochę "markowanie gry" i udawanie, czysta fikcja. Natomiast zażarta polemika toczy się niestety na terenie, gdzie decyduje "gust". Zaś "gust" to nic innego niż suma wiedzy, predyspozycji percepcyjnych i całkowicie indywidualnej konstrukcji psychologiczno-emocjonalnej, będącej rezultatem genów, ale i całego bagażu przeżyć człowieka. Nie ma dwóch osób o takich samych liniach papilarnych i nie ma dwóch osób o takim samym guście. W efekcie przekrzykiwanie się "to jest lepsze!", "a właśnie, że nie, bo to!" przypomina nieco sławetne "you suck!", "no, you suck!", bo przecież każdy ma swoje własne wyobrażenie tego, co znaczy "dobre". Jak mawiał klasyk: "ludzkie opinie są jak dziurki w dupie, każdy ma własną na własny użytek".

Chaz Bundick pojawił się w naszej, porcysowej świadomości późną wiosną 2009 roku, gdy Wojtek wyczaił via MySpace jego poboczny house'owy projekt Les Sins i napisaliśmy o fantastycznej odpowiedzi na Stardustowy hymn, zatytułowanej "Lina". Krótki research i już było wiadomo, że mamy do czynienia z obiecującą osobowością na dużą skalę, uprzednio udzielającą się w składzie The Heist And The Accomplice, a obecnie na własny rachunek pykającą właśnie jako Les Sins oraz Toro Y Moi, którego "E.D.E.N." wspomnieliśmy parę dni później. Na status "młodego geniusza", wunderkinda i zbawcy pogrążonej w marazmie muzyki pop 23-latek zasłużył u nas dziesiątkami tracków ujawnianych w internecie pod pseudonimem Toro Y Moi. Wspólnym mianownikiem tych bałaganiarskich stylistycznie kłopotów bogactwa był talent kompozytorski gościa (póki co nie udało mi się napotkać "słabego" kawałka Bundicka), niebywała umiejętność łączenia barw z organicznej i digitalnej palety brzmień oraz wyraźne duchowe spadkobierstwo Ariela Pinka, co dotyczy w sumie całego nieformalnego ruchu "chillwave", którą to etykietkę przyczepiono kilku projektom – również Washed Out, Memory Tapes, Neon Indian etc. Figurowanie Chazwicka w tym zestawie wydaje się logiczne, skoro z Ernestem Greene'm się ziomali i nawet mieli wspólną kapelę Life Partners (ponoć planują jeszcze opublikować swoje "wypociny", co w świetle ich potencjału może stać się sensacją), ale koleś szybko wyindywidualizował się szerokim wachlarzem muzycznych zainteresowań. Owszem, umie robić "hypnagogic", ale w przeciwieństwie do reszty glołfajowej stawki umie też robić dużo, dużo więcej.

Dlatego w tej mieszance pełnej niespodzianek można było znaleźć tak różne smakołyki, jak uroczy, niewinny indie-pop ("Besta Round", "Girl Problems"), surowsze indie kłaniające się w pas US 90s ("Supposed To Do", "Dead Pontoon", "Take The L To Leave" z pavementową zwrotką i papsowym chorusikiem), kawałek najbliższy koledze z Washed Out ("Sad Sams"), hołd dla Interpola ("Ektelon"), miniaturka przywołująca amatorski spontan kapeli Women ("109"), totalnie przekwaszona, punkowa wariacja, zwieńczona shoegaze'ową kodą ("Do The Stuff"), porywające eksperymenty fakturowe ("Animilia"), fingerpicking łudząco przypominający Ris Paul Rica ("Miss Ya"), freak-folk łudząco przypominający Animali circa Sung Tongs, a dokładnie otwarcie "Who Could Win A Rabbit?" ("Ragged Home"), hipnotyczny folk-rock a la Grizzly Bear ("Woodlands"), stylowy remix Longcuta ("Repeated"), neurotyczny klawiszowy-pop z wyimaginowanej, mrocznej, drugiej płyty Changes ("Movements"), lo-fi dance-pop, o jakim Hot Chip mogą pomarzyć ("Lesson 223"), więcej progresywnego dance-popu, o jakim Hot Chip mogą pomarzyć ("Such Bad Handling"), progresywny dance-pop, o jakim Hot Chip nie marzą (animalowy nieco "Timed Pleasure", "My Touch", "Bend Your Body"), bezczelnie obezwładniający, świeży cover Jacko ("Human Nature"), minimalistyczną miniaturę z cyklu "Young Marble Giants spotykają Ściankę" ("Flections"), lajtowe ujęcie Daft-Punk w wersji lo-fi ("Take This"), cięższy szkic a la Daft Punk, który Francuzi chcieliby mieć na Human After All ("Existance Music", w sumie to powinien być kawałek sygnowany Les Sins), przypuszczalne odrzuty z albumu, którego dotyczy niniejsza recenzja ("Cold Sheets", "Master Of None" i wspomniane, obezwładniające "E.D.E.N.", iTunesowy bonus do Causers), idealna elektroniczna piosenka rockowa ("Left Alone At Night") i jeszcze jeden owoc badań z pogranicza French Touch-owego samplingu i pociętego post-popu (czyli frapująca perełka "Deep Routes", którą nominowałbym do miana najbardziej niedoceniongo kawałka Chaza na tym etapie; ja w każdym razie katowałem ją srodze i ogólnie mam w swoim top 10 singli 2009).

Wkrótce podpisała z Bundickiem kontrakt znana niezależna oficyna Carpark. Artysta, stylistycznie rozpięty w pozycji skoczka narciarskiego między elektroniczno-bitową i folkowo-bębnową nogą swojej aktywności, zaproponował labelowi nieśmiało, że z materiału, nad którym pracował, wyłoni dwa niezależne albumy. Wytwórnia przyklasnęła i stąd w 2010 roku czekają nas dwa longplaye Toro Y Moi. Drugi jest już na ukończeniu i ukaże się jesienią. Ponoć przedstawi Bundicka w akustycznej, żywej, tradycyjnie balladowej odsłonie. Jeśli uznawać śliczne "New Loved Ones" za wiarygodny zwiastun, to możemy oczekiwać też bezpośrednio religijnych wyznań w warstwie literackiej. Zaś ten debiutancki krążek to Causers Of This, który wyciekł pod koniec 2009. To zresztą pierwszy i jak dotąd ostatni przypadek, gdy ściągnąłem leaka, ale jako szalikowiec nie czuję się z tym źle, bo to wcale nie był klasyczny przykład leaka – Bundick wrzucił przecież w 2009 do sieci z trzy tuziny kawałków, więc fani chyba naturalnie potraktowali pliki z Causers jako kontynuację śledzenia jego drogi. Zwłaszcza, że cztery utwory (choć przyznaję – w innych wersjach) kojarzyliśmy już przedtem. Dość liberalne podejście Chaza w kwestii udostępniania muzyki via net i jego rewolucyjny sposób dystrybucji swoich nagrań w 2009 (imponujący katalog bez labela, bez nośnika, bez angażowania kategorii "płyty" jako całości – chociaż status My Touch z 2008 pozostaje niejasny) każą przypuszczać, że za leakiem mógł w sumie stać on sam. W każdym bądź razie, na ukazującym się dziś oficjalnie Causers Of This Bundick eksploruje syntetyczne, samplowane rejony swojej muzycznej wrażliwości, korzystając z formuły mixu przepływających w siebie łagodnie modułów. I odnoszę wrażenie, że jest to jeden z moich "ulubionych" albumów, jeden z tych, które "najbardziej lubię", które mi się "najbardziej podobają", w ogóle.

Falujące, zwiewne nitki żeńskich głosów rozpoczynają płytę niczym zaproszenie do raju. Tych pierwszych dziesięć sekund ma wszelkie znamiona "świętego otwarcia" kalibru "Everything In Its Right Place", które za kilka lat też trzeba będzie skipować ze strachu przed profanacją. Znana z ubiegłorocznych empetrójek, obrosła w analogie do Person Pitch "Blessa" eksponuje rozległe, horyzontalne harmonie wokalne, ufundowane na wyluzowanym groove'ie basu i prostym hip-hopowym układzie stopa-werbel w średnim tempie, który przypomina precyzyjnie zacinającego się winyla. Miast przerodzić się w epicką psychodelię, po dwóch minutach utwór nieoczekiwanie zrywa narrację i przez dezorientującą kodę przechodzi do "Minors". Ten ociężały lament z dwoma refrenami i uroczo rozstrajanym padem klawiszy w ochlapłych, zrezygnowanych, oszczędnych zwrotkach przywołuje w płaczliwej manierze bezpowrotnie utracone obrazy dzieciństwa, przelewające się niczym powolna symfonia slajdów na wielkim ekranie. Szkolna, podrygująca wprawka pianina rozpoczyna "Imprint After", a na jej tle Chaz zagaja przyczajoną melodyjkę, która zwiastuje cuda. I cuda się istotnie dzieją w chorusie, kiedy syntezator powtarza dziwacznie piękny falsetowy hook wokalu (powracający później oktawę niżej) pod zmienione nuty basu. To jeden z wielu niesamowicie zaraźliwych momentów płyty, które chodzą później po głowie godzinami.

Transowy instrumental "Lissoms" rozpoczyna drugą, posępniejszą, bardziej rozedrganą, gęstszą fakturowo część longplaya. Oczywistą referencją dla tych pulsujących głęboko, poszatkowanych rytmicznie, ilustracyjnych impresji jest nurt progresywnej, hip-hopowej elektroniki, który zapoczątkowali Prefuse 73 i Machine Drum, a na wyżyny wznosił też niedawno Flying Lotus. Ale druga strona tego samego medalu to nadal metoda french-touchowa: parada ścinków, ech i cieni zsamplowanych głosów, które z gracją "nawiedzają" przewodnie motywy. Ta wirtuozeria w nawarstwianiu wielu mikro-planów osiąga szczyt gdy wjeżdża najtrudniejsza tu w odbiorze, quasi-awangardowa wręcz konstrukcja "Fax Shadow". W gąszczu zloopowanych, niestrudzenie przyśpieszanych i zwalnianych drobinek, rozsadzających od wewnątrz tonalne ramy numeru, odnajduje się anielski głos Chaza i gdy kilkukrotnie powtarza bezbronną mantrę "I'm sorry I couldn't name the colour of your eyes", to ciężko oprzeć się sugestii, że (dalej penetrując paralelę) kreuje coś na wzór "Like Spinning Plates" dla nowej dekady. Uzupełniony marzycielskim wibrafonowym outro, "Fax Shadow" będzie szczególnie rozpatrywany przez sympatyków, nie przymierzając, post-Autechre'owej, abstrakcyjnej elektroniki.

Krajobraz zmienia się odrobinę przy "Thanks Vision", grającym tu rolę klasycznego wyciskacza łez. Nieskończenie tęsknej downtempo-balladzie potężnej dawki napięcia dodaje wokalna interpretacja Chaza, który próbuje śpiewać ascetycznie, bez uniesień, wręcz niedbale i nieczule, na zimno, co przy tak poetyckiej melodii naturalnie wzmaga efekt hiper-emocjonalny. Dlatego wyjątkowo trudno pozostać obojętnym na wersy "Ever since I was born I couldn't see / Ever since I could see I couldn't find / Why you close your lips so tight / When I try to kiss you off goodbye / Oooh". Piosenka stopniowo rozszczepia się na elementarne cząstki wirujące wokół akordowego schematu. Zawieszone gdzieś w obłokach zakończenie wywołuje ciarki i wydaje się nie mieć dna, bo symbolicznie rezonuje w nim zarówno "Anthems For A Seveenteen Year Old Girl" BSS, więznące w gardle fragmenty uczuciowego mazgajstwa One Word Extinguisher, jak i dadaistyczne zabawy z ludzkim głosem znane z The Lemon Of Pink. Ale to tylko moje osobiste skojarzenia, raczej nieprzypadkowo sięgające właśnie roku 2003. Tę eksperymentalną, glitchową odsłonę Causers wieńczy krucha IDM-owa modlitwa "Freak Love", intuicyjnie wiodąca do finałowej, najbardziej przyswajalnej i przyjaznej części materiału.

Inna, suchsza, twardsza i mniej namiętna wyrazowo (w porównaniu do empetrójki z 2009) wersja genialnego "Talamak" płynnie przechodzi w arcydzieło statyki "You Hid", wyłaniające z zamglonych bębnów i Avalon-owych przecinków gitary nieruchomy obraz posępnej kolaboracji Beach Boys z okresu Surf's Up i wczesnego Röyksopp, szczytującej boską polifonią chórków na 2:40. Lecz tak jak Brian Wilson zamknął SMiLE optymistyczną nutą "Good Vibrations", tak i Chaz Bundick zmierza do happy-endu na swoim przeważnie zatroskanym, pogrążonym w introwertycznych, smutnawych rozkminach debiucie. "Low Shoulder" wychyla zza chmur pierwsze promyki słońca w bliżej nieokreślonym, fenomenalnym koktajlu popowych napojów (w końcu "SEKRETEM jest przepis na gumisiowy sok"), po czym wchodzi tytułowy closer, zjawiskowa adaptacja rozkosznych new-synthowych idei Cupid & Psyche 85 na modłę, a jakże, francusko-dotykową. Wtedy nareszcie "widać światełko w tunelu i nie jest to pociąg z przeciwka".

Ambitnie postawione przed sobą zadanie stworzenia z rozgrzebanych szkiców czegoś więcej, niż suma znakomitych pojedynczych kawałków zrealizował Chazwick w stopniu absolutnie satysfakcjonującym. Trwające nieco ponad pół godziny Causers Of This to jak Loveless dzieło stylistycznie jednorodne, ale póki co nieoczywiste i trudne do sklasyfikowania i podejrzewam, iż w niedalekiej przyszłości może być traktowane jako główny punkt odniesienia dla licznych epigonów. Wracając do kwestii indywidualnych preferencji i oczekiwań, jest to album na dziś spełniający moje (septymolki i nony, awersja do "rockismu" i wstręt do jego zakamuflowanych przejawów "indie 2.0", sympatia do komercyjnego popu, r&b, hip-hopu i "muzyki klawiszowej", miażdżące harmonie wokalne, potrzeba medytacji poprzez repetycję, nastrój pogodnej nostalgii czy melancholijnej nadziei oraz głód odkrywania innowacyjnych rozwiązań formalno-ekspresyjnych) w niemal stu procentach. Kusi, by wieszczyć, że "nie było wcześniej takiej płyty", antycypować przyszłość muzyki (Bundick w 10s = Beatlesi w 60s, Bowie w 70s, Prince w 80s lub Animal Collective w 00s?) czy nadchodzącą (według znawców kultury) dekadę odejścia od networkingu w stronę personalizacji i zagłębienia się w siebie. Ale, jak pisałem we wstępie, nie ma to specjalnego sensu. Bo to są "sprawy kontemplacyjne", których, na szczęście, nie da się "udowodnić" za pomocą nikomu niepotrzebnych, nudnych elaboratów. Po kilkudziesięciu seansach wiem tylko, że wszystkie indeksy z Causers uważam za "pozbawione niedoskonałości" i moje życie nigdy nie będzie już takie samo.

Borys Dejnarowicz    
2 lutego 2010
BIEŻĄCE
Relacja: OFF Festival 2017
Różni WykonawcyWelcome To Paradise: Italian Dream House 89-93