RECENZJE

Toro Y Moi
Boo Boo

2017, Carpark 7.5

Agata Kania: Szczerze? To nie wiem, chciałam jakoś wykorzystać fakt, że piszemy tu w czwórkę i ktoś na pewno pokusi się o jakąś standardową analizę, więc ja bym mogła popuścić trochę wodze fantazji. Myślałam, żeby może zrobić jakąś grę w skojarzenia. Ale wymyśliłam tylko do "Don’t Try" - że początek to totalnie "Stówa", albo raczej "Cztery Litery" Urszuli z Budką Suflera. Tyle że zabrakło mi pomysłów na pozostałe kawałki. Miałam też pomysł, żeby z tytułów poszczególnych pozycji z dyskografii Bundicka stworzyć jakąś historię: ale okazało się, że tylko My Touch daje przyczynek do jakiejś romantycznej historyjki, no bo Boo Boo co ma znaczyć? Tak ma na imię kot mojej znajomej, ona lubi Toro, ale czy jej kot też to już nie jestem pewna. Chciałam też jakoś sensorycznie (czy coś) wytłumaczyć: że to muzyka, przy której można leżeć z ukochanym przez pół dnia w dusznym, akademikowym pokoju, ale potem uświadomiłam sobie, że to było raczej przy What For?. Konkluzja jest taka, że ta płyta jest trochę ni przypiął, ni przyłatał, ale jak usłyszycie "Mona Lisę", to zachce wam się wstać o świcie, żeby zrobić komuś śniadanie do łóżka, po czym uświadomicie sobie, że śpi gdzie indziej, czyli nic z tego, więc idziecie spać dalej. Kumacie?

Jacek Marczuk: Widocznie słaby ze mnie zawodnik, ponieważ jestem wyzuty ze wszelkiej maści politycznych uczuć i, jak to określił mój kumpel, wolę w tych dziwnych czasach słuchać "półpedałów z Ameryki", zamiast stawać w obronie demokracji. Przepraszam, jeśli uraziłem czyjąś wrażliwość, naprawdę nie chciałem. Zgrywa zgrywą, ale dokładnie trzy tygodnie temu odstawiłem fajki, słucham Boo Boo i chciałbym wycisnąć z tego życia jeszcze trochę przyjemności. Sorry, że pojadę sucharem, ale z dwojga złego (polityka vs lipcowe burze) stawiam na muzykę, a konkretniej na wyblakły, neutoryczny i przede wszystkim mocno newage'owy ambient pop, czyi de facto najnowszą inkarnację projektu Toro Y Moi. Obok Narkopop i Mono No Aware to jeden z tych tegorocznych krążków, na których "wszystko się zgadza" i które w stu procentach na ten moment oddają mój prywatny stan ducha. Powiem wam szczerze, Anything In Return oraz What For? nieco mnie nudzą i kiedy byłem już w stanie uznać Bundicka za dostarczyciela bardzo dobrych, ale nie wnoszących absolutnie nic do mojego życia długograjów, to on wyskakuje z, za przeproszeniem, takim czymś. Żadna ze mnie wyrocznia, ale nie bierzcie przykładu z takiego zachowania i niech to również będzie dla mnie nauczką raz na zawsze. Chazwick w kontekście swojego piątego studyjnego dziecka prawie całkowicie rezygnuje z gitar, powołuje się na Gigiego Masina oraz Oneohtrix Point Nevera i czaruje mnie od samego początku, ale na zupełnie innych warunkach niż w przypadku odrealnionej odysei Causers of This oraz nagranego rok później charakterystycznego dla Underneath the Pine laboratoryjnego sophisti-popu. Rozpoczynający Boo Boo kawałek "Mirage" kojarzy mi się z pierwszymi płytami Junior Boys. Czyżby w takim anturażu mielibyśmy po raz kolejny doświadczyć pustki i wewnętrznego rozdrapiania? Bardzo proszę. Podbity wyrazistymi zagrywkami basu "No Show" sugeruje fascynację pogiętą ejtisową rytmiką, a trzecia w zestawie "Mona Lisa" ma w sobie coś z Papa Dance. Ironia losu? To jednak dopiero przystawka, bo później "dzieją się rzeczy dziejowe". O napisaniu takiego ciągu melodycznego, jak w przypadku refrenu "Don't Try" marzył pewnie niejeden Johnny Jewel tego świata, ale mógł zrobić to tylko jeden człowiek na tym padole łez. Przypadek? Nie sądzę. Włosi nie zawsze robią to lepiej. I co ja mam jeszcze powiedzieć? Że "Windows" rozwierca mnie od środka? Że "You and I" oraz "Labyrinth" są kompozycyjnie o klasę lepsze niż Gaussian Curve? Że "Inside My Head" to najpiękniejszy hołd dla post-disco ostatnich lat? Panie, oszczędź tym wszystkim muzykom wstydu, bo jesteś najlepszy, a muzyki nikt już nie ceni. Paradoksalnie, ludzie i tak zapamiętają cię dzięki filmikowi, który nagrałeś jadąc wzdłuż Bay Area, bo i lajki, i fejm będzie się zgadzał.

Łukasz Krajnik: Trochę przykro o tym pisać, ale Chaz po raz pierwszy wypuścił materiał, nad którym ciężko rozpływać się w zachwycie. Zapoznanie się z Boo Boo prowadzi do rozczarowujących konkluzji – kolana nie miękną, tętno pozostaje w normie, poziom cukru nie skacze, a temperatura ciała jest stabilniejsza niż życie przeciętnego księgowego. Nostalgiczna przebieżka po synth-funkowych krajobrazach ujmuje co prawda malowniczymi teksturami, ale gdzieś w tych sennych harmoniach zagubiła się esencja dotychczasowej twórczości Toro Y Moi. Autor Underneath The Pine skupił się na resuscytacji konkretnego brzmienia, narzucając sobie ograniczający schemat zręcznego, ale jednak konwencjonalnego ćwiczenia stylistycznego. Podczas gdy poprzednie dokonania zdolnego Amerykanina, potrafiły wykrzesać szczery uśmiech i szczere łzy z efektownych rozwiązań formalnych, tak tym razem zostaliśmy uraczeni celebracją powierzchowności. Ekspert od hooków udał się na spoczynek i na chwilę zrezygnował z doskonalenia songwriterskiego warsztatu. Pozostaje mi liczyć na satysfakcjonujące zadośćuczynienie za rok.

Tomasz Skowyra: Co to jest za gamoń ten Toro. Ja wieeeeeem, wszystko wiadooooomo, koniec temaaaaaaatu. Ale jednak pojawia się kilka refleksji związanych z najnowszym dziełkiem Chaza. Ostatnie nagrywki typa choć świetne i na nieosiągalnym dla wielu poziomie, to jednak nie miażdżyły tak, jak dwa pierwsze LPs (szczególnie Causers – inny świat, inna historia, "inna bajka"). Z dalszej perspektywy wyglądało na to, że Bundick (choć teraz Bear, ale nie mogę się przyzwyczaić) zwyczajnie "bawi" się muzyką, beztrosko próbując się na różnych stylistycznych polach i terenach, a potem chwilę analizuje efekt kolejnej próby. Tymczasem na Boo Boo znowu czuć ten sam powiew świeżości, molekuły kolejny raz układają się w olśniewające figury klejące się w jedność, a autor całości ponownie czaruje helleńską melancholią oraz kojącymi wyznaniami na dwóch splecionych ze sobą poziomach: lirycznym i muzycznym. I właściwie dość szybko zapominam o zapowiedzianych inspiracjach będących wyłącznie katalizatorem własnej wizji. Adaptacja wpływów OPN, Franka Oceana czy chwytliwego trapu pomaga ulepić pasującą do aktualnej sytuacji popu formę, która w zetknięciu się z songwriterskim błyskiem i artystyczną intuicją Toro Y Moi owocuje czymś jeśli nie "nowym", to z pewnością czymś "innym", "osobnym", "własnym". I w tym konkretnym aspekcie widzę triumf i wielkość Chaza – jako jedna z nielicznych postaci ostatnich lat, gość tworzy muzykę, w której właściwie każdy dźwięk zawiera w sobie cząstkę jego wrażliwości. I sam fakt krystalizacji tak charakterystycznego modelu objawiający się w różnym natężeniu na poszczególnych etapach drogi nakazuje włączyć działalność Toro do listy najbardziej interesujących zjawisk popu "naszych czasów".

Cóż można powiedzieć o samej zawartości Boo Boo? Dla mnie album jawi się doskonale rozplanowaną w czasie i przestrzeni serią obrazów malowanych gwaszem, pewną rekapitulacją i podsumowaniem trwającej już ponad dekadę, muzycznej ekspedycji (sporo tu autoreferencyjnych mrugnięć okiem – choćby początek "No Show" brzmi jak gasnący utwór z Underneath czy uroczo skaczący wzorek z "You And I" przypominający wstęp "Low Shoulders"). W skrzętnie zorganizowanej mapie prym wiedzie intymny, rozpływający się w mglistym powietrzu, klawiszowy pop przesiąknięty kunsztowną ornamentyką i feelingiem 80sowych reminiscencji z jednej strony (na myśl przychodzą Japan, Art Of Noise, Gigi Masin czy japoński ambient-pop odkrywany przez Visible Cloaks), a z drugiej zaś klawiszowy pop oswajający się z porządkiem współczesnego myślenia o piosenkowych (ale nie tylko) założeniach. Wystarczy chwila, aby dostrzec, że szkielet "Girl Like You" dość mocno korzysta z patentu podcinania rytmu ufundowanego przez Junior Boysów, w "Pavement" pojawia się hauntologiczny vaporwave Lopatina, a najcudowniejsza impresja w zestawie, "Windows", bazuje na wycinkach Blonde, choć Bundick sprawia, że zanurzam się w oceanie pełnym porażająco pięknej rafy koralowej i przez moment czuję się naprawdę wolny. A cóż zrobić z dręczoną podskórnym niepokojem litanią "Don't Try"? Albo obezwładniającym chorusem wyrafinowanej "Mona Lisy"? Albo komputerowym basem tańczącym z autotune'owym wokalem w "Inside My Head"? Bo wiecie, świat Boo Boo to takie miejsce, gdzie złota linia wokalna "Mirage" już na wstępie ewokuje magię Causers Of This, będącego antenatem tej przepięknej kolekcji utworów. I właściwie dalszy komentarz jest już naprawdę zbędny.

Redakcja Porcys    
2 sierpnia 2017
BIEŻĄCE
Moses SumneyAromanticism
BjörkUtopia