RECENZJE

Tori Amos
American Doll Posse

2007, Epic 3.9

Fenomen Tori Amos w naszym kraju pozostaje dla mnie rzeczą w wysokim stopniu niezrozumiałą. Prawda jest taka, że znajomość z jej dorobkiem można śmiało zakończyć już na Little Earthquakes czy co najwyżej Under The Pink i naprawdę wiele się nie straci. Kilka perełek na dalszych wydawnictwach da się znaleźć, ale brnięcie w niezbyt ciekawą dyskografię dla posłuchania paru lepszych utworów to raczej zadanie dla największych twardzieli. W każdym razie oto mamy tegoroczny krążek Tori, zwący się American Doll Posse i będący kolejnym koncept albumem w jej karierze. Określenie to jest raczej mocno przesadzone, ale może najpierw wyjaśnijmy na jakże ciekawy i oryginalny pomysł wpadła Tori.

Postanowiła ona mianowicie stworzyć na potrzebę albumu pięć różnych postaci, z których każda z nich prezentuje inną osobowość, a wszystkie one składają się na złożony obraz współczesnej kobiety. Dlatego też mamy politycznie zaangażowaną Isabel, nieco rozmarzoną Clyde, dynamiczną Pip, zmysłową Santę oraz nie do końca określoną Tori. Na potrzeby konceptu doszło nawet do pewnych przebieranek, co można sobie pooglądać we wkładce (w tym miejscu można wspomnieć, że wizualnie najkorzystniej wypadają Clyde i Pip, ale tu już podejrzewam decydują osobiste preferencje). W czym więc problem? Ano w tym, że tego podziału się po prostu nie czuje i można odnieść wrażenie, że został on wymyślony nieco na siłę. Owszem, utwory przypisane Isabel, takie jak chociażby całkiem przyzwoity otwierający "Yo George" objawiają się sporym upolitycznieniem (antybushyzmu w muzyce ciąg dalszy), a z kolei te podpisane jako Pip, z najbardziej reprezentatywnym "Teenage Hustling", faktycznie wypadają nieco bardziej energicznie niż pozostałe. Niestety w ogólnym rozrachunku, gdyby pobawić się w zgadywankę polegającą na przypisywanie w ciemno utworom konkretnych postaci, pod wiele z nich można by było przypisać więcej niż jedną z ról. W związku z tym koncept zarysowany przez Tori, w skład którego wchodzą nawet blogi pisane przez każdą z postaci, stwarza wrażenie bardziej zabiegu promocyjnego, niż faktycznego pomysłu na płytę i jego istnienie naprawdę w żaden sposób nie zmienia odbioru krążka. Ale ok, na koncept można nie zwracać uwagi, kończąc jedynie na oglądaniu zdjęć we wkładce.

Przejdźmy może do kompozycji, których trzeba przyznać na American Doll Posse jest cała masa. 23 utwory i blisko 79 minuty muzyki to doprawdy olbrzymia porcja materiału, przy której trzeba być przynajmniej Isaakiem Brockiem, by być w stanie zapełnić taką przestrzeń muzyką odpowiedniej jakości. To wykorzystanie do granic możliwości płyty CD przekłada się na sporą różnorodność stylistyczną albumu, gdzie możemy usłyszeć zarówno stonowane ballady, wpadające w ucho i zahaczające o pop utwory, jak i mocniejsze i bardziej drapieżne rockowe wyczyny Tori. Niestety, ta rozpiętość czasowa, oznacza również całą plejadę wątpliwej jakości wypełniaczy w stylu "You Can Bring Your Dog" czy "Secret Spell". Określenie "sztampa" zdaje się pasować tu idealnie i zdecydowanie za często przychodzi do głowy podczas kontaktu z krążkiem. Banalne konstrukcje, mało ciekawe aranżacje, a do tego niezbyt udane teksty nie należą tutaj do wyjątków. Całe szczęście w tym gąszczu można wychwycić też sporo przyzwoitych fragmentów jak singlowe pop-rockowe "Boucing Off Clouds" czy urocze choć nieco zbyt płaczliwe "Smokey Joe". Stosunek kompozycji przyzwoitych i dobrych do reszty wynosi gdzieś jeden do jednego, w związku z czym można śmiało twierdzić, że wywalenie z albumu tych około 10 utworów znacząco podniosłoby całościowe wrażenie jakie pozostawia po sobie American Doll Posse. Te ostatecznie nie jest takie złe, chociaż przebrnięcie przez całość bez skipowania wydaje mi się niemożliwe. No chyba że jesteście jednymi z tych bezgranicznie oddanych fanów dla których każda nowa kompozycja Tori to powód do radości.

Łukasz Halicki    
26 lipca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie