RECENZJE

Tom Waits
Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards

2006, Anti 5.7

Panie i panowie, oto pięćdziesiąt sześć utworów Toma Waitsa, kompilacja powstała w wyniku wielomiesięcznej pracy autora, który ze swych mahoniowych szaf wydłubał same skarby. Dzieło życia, ukoronowanie twórczości zniszczonego Toma, ostatni rozbłysk być może... Zrzuta, która powstaje w wyniku podszeptów mężczyzn w czerni i która kładzie się cieniem na nazwisko szanownego autora do końca jego żywota. Nieudane eksperymenty, remiksy, wersje "alternatywne", żarty, kolaboracje, znane b-side'y.

Nie, nie. Tom Waits. Mąż Kathleen Brennan. Jegomość ode mnie starszy o 36 lat, który wie więcej o życiu niż ktokolwiek kogo znam osobiście i kto jeszcze żyje, a klimat jego tekstów stanowi jedyny powód, dla którego chciałbym kiedykolwiek wyjechać do tego przerażającego kraju, jakim są Stany Zjednoczone. Już, już wchodzę na pole hołdów, ale jednak się wstrzymam. "Powiedz coś złego na Waitsa, a cię jebnę!" – to nie jest hołd, raczej postawa obywatelska.

Na stronie wytwórni znajduje się wypowiedź Toma, w której porównuje Orphans do opróżniania kieszeni po długiej grze hazardowej. Fałszywa skromność – wiele utworów nosi znamiona szczególnego dopieszczenia. Poza tym – jak głoszą oficjalne źródła – kolekcja kompilowana była trzy lata, więc skojarzenia z bałaganiarskim przetrząsaniem spodni zdają się być umiarkowanie trafne. Zdziwiłem się, że co najmniej dwie trzecie tej kompilacji mają głęboki sens, bo pośród średniej jakości zadymionych utworów można wyłapać całkiem sporo fragmentów, które czynią słuchacza lepszym. Wyjątek stanowi może płyta trzecia, Bastards, czyli wszystko, co mogłoby rozbić względną spójność dwóch wcześniejszych krążków – monologi, eksperymenty i wygłupy o różnym stopniu śmieszności – lista skitów na albumy przeszłe i przyszłe. W godzinnej dawce ten fragment kolekcji męczy niepomiernie i rodzi ewentualne pytanie – po co? Jakby trzecia płyta powstała celem zawyżenia ilości premierowych kompozycji do okrągłych trzydziestu.

Klucz doboru utworów na Brawlers i Bawlers jest dosyć instynktowny. Na pierwszej płycie Waits eksploruje żywsze rejony tradycji muzyki amerykańskiej, więc śmigamy po wszystkich stylach jakie zdążył zaprezentować w ramach swojej twórczości – blues, gospel, kabaret, cała trudna do klasyfikacji reszta, których wspólnym mianownikiem jest wspomniany już duszny klimat. Bawlers natomiast przynosi smęty wysokiej klasy. Bardziej uporządkowane, trochę jednak nużące kino pieszej drogi. Jeśli nie ma możliwości umieścić jednej płyty w jakiejkolwiek szufladce stylistycznej, to co dopiero w przypadku złożonej kolekcji, w której przeplatają się najrozmaitsze epoki. I teraz następuje moment, w którym – uciekając od problemu – odwracam się w stronę liryków i mało odkrywczo stwierdzam, że trzymają standardowy Waitsowski poziom, nacechowane są sarkazmem, smutkiem, ale przede wszystkim bijącą po oczach mądrością. Po tak sztampowym określeniu charakteru tekstów następuje etap finalny, w którym odchodzę od komputera ze wstydem i obiecuję sobie w duchu nie pisać więcej o płytach muzycznych osobowości, bo nic odkrywczego na ich temat nie jestem w stanie przekazać.

Filip Kekusz    
15 marca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja