RECENZJE

Tom Waits
Blood Money

2002, Anti 6.7

Wydaje się, że Tom Waits ze swoim gardłowym śpiewem stanowi odsłonięty cel dla podchmielonych knajpianych prześmiewców. Łatwo wyobrazić sobie gościa mówiącego "dobra, to był Rojek, a teraz Waits: łe łe łe [nisko]". Mimo to, kiedy już przychodzi co do czego, nikt nie ma odwagi żartować z Waitsa, świat potrzebuje Toma, ludzie otaczają go szacunkiem. Koleś pomyśli o Waitsu, porówna z tym co sam sobą reprezentuje, a w konsekwencji poczuje się mały. Druga sprawa polega na tym, że akurat Waits zaliczany jest do tych "cool" starców nawet przez najgorszych snobków, przy tym nie nagrywa słabych rzeczy i proszę, kto niby ma źle o nim mówić?

Od Closing Time minęły już trzy dekady, dyskografia Waitsa powoli urasta do imponujących rozmiarów, a głosów krytycznych i naturalnych zarzutów o wtórność nie przybywa, co powinniśmy tłumaczyć ponadczasowością tych muzycznych opowiadań. To oczywiste, Tom Waits nie był "na czasie" od samego początku. Zawsze kroił anachroniczne i zgoła trącące nieświeżością gatunki na własny fason – zdarty blues w ustach Waitsa nabiera rumieńców i polotu, kabaretowe orkiestrowanie mutuje w nieskrępowane, żywiołowe odjazdy, z kawiarnianego jazzowego balladowania przy fortepianie bije potęga zamglonych portowych wspomnień o femmes fatalnych i refleksji nad przemijającym życiem. Świat potrzebuje Waitsa i z otwartymi rękoma przyjmie wszystko co zostanie mu zaoferowane.

Mule Variations prezentowało autora na chwilę kierującego swoją uwagę na odmiany z pogranicza tradycyjnego bluesa (to w dużym uproszczeniu oczywiście); wraz z Alice i Blood Money świętujemy powrót mistrza do wyjebanej niejednoznaczności, nurkujemy w rondlu teatralnego wykolejenia wszelakich swingów, walców, polek, tangów, pokręconego folku oraz wszystkiego, w czym zasłuchiwali się niegdyś nasi dziadkowie. Z wydanej równocześnie pary odrobinę wyraźniej przemawia do mnie jej bardziej melancholijny człon, Alice. Jednak Blood Money oferuje być może nawet trochę więcej (chociaż obie, w przeciwieństwie do Mule Variations nie wnoszą nawet okruchu świeżości do wizerunku Waitsa, co oczywiście wcale nie przeszkadza) od strony rozmaitości. Teatr rozmaitości.

Nie znam ludzi, którzy słuchaliby albumów Waitsa dla samej przyjemności płynącej ze smakowania nienormalnego instrumentarium konsekwentnie stosowanego na każdym kolejnym krążku. Dobra, normalnego, ale chyba kurwa w trzydziestoosobowej przypadkowej zbieraninie najbardziej trzepniętych uciekinierów z orkiestry cyrku objazdowego. Nie znam takich ludzi, ale bez trudu potrafię wyobrazić sobie ich istnienie. Podobnie jak takich, delektujących się różnymi Rain Dogsami wyłącznie ze względu na niespotykany w-doświadczonego-życiem-deathmetalowca-włóż-mózg głos Toma. Dwie powyższe kategorie słuchaczy nigdy nie zawiodą się na kolejnych wydawnictwach, więc daruję sobie truizm, który pierwotnie miał się tu zaraz pojawić.

Tekstowo zawsze podziwiałem Waitsa za trzy rzeczy: sposób w jaki potrafi przywoływać echa kobiecych postaci, które odcisnęły piętno na jego życiu, mini-historyjki pokroju "Swordfishtrombone" oraz stwierdzenia w rodzaju tego rozpoczynającego Blood Money: "Call no man happy till he dies / There's no milk at the bottom of the pail / If there's one thing you can say about mankind / There's nothing kind about man / You can drive out nature with a pitchfork / But it always comes roaring back / Misery's the river of the world". Tak, doniosła prostota potrafi poruszyć. I nic więcej nie powiem o Blood Money, poza tym, że jest to przedstawienie sztuki Georga Buchnera z lat trzydziestych XIX wieku, w kilku fragmentach piękne i wywołujące wzruszenie. Serio. Warto nabyć.

Michał Zagroba    
13 marca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie