RECENZJE

Tom Vek
Leisure Seizure

2011, Island 5.4

Zabawna sprawa z tym Tomem Vekiem. Pobieżny kontakt z jego debiutanckim We Have Sound mógłby zasugerować, że Anglik jest tylko podminowanym post-punkowcem. Niech będzie, że tanecznym. Podpowiadają to prowadzący bas, minimalistyczne drapanie gitary i skowyt w powalającym "I Ain't Saying My Goodbyes" (to jeden z najlepszych numerów, jakie zostały nam po dance-punkowym trendzie zeszłej dekady). Nie wspominając o przeklętym cowbellu w "If You Want" (też świetny utwór). Jednak jeśli poświęcić jej trochę uwagi, płyta ukazuje szerokie spektrum popowego eklektyzmu, a jej autor okazuje się bałaganiarskim sklejaczem popu w rodzaju młodego Becka. Tak jak twórca Odelay!, Vek jest człowiekiem-orkiestrą. I trzecia rzecz – londyńczyk jest studyjnym geekiem, ślęczącym nad sprzętami niczym alchemik. Dlatego na kontynuację We Have Sound trzeba było tyle czekać – Vek potrzebował trzech lat na zbudowanie własnego studia i kolejnych dwóch na przygotowanie utworów. Punk srunk.

Że artysta ma nowe zabawki, słychać od razu. Leisure Seizure (wbrew pozorom tytuł się nie rymuje) brzmi dużo lepiej od poprzedniczki. Wszystko jest klarowne, wszędzie poutykano ciekawe, syntetyczne dźwięki. "Pływające" klawisze i idealne brzmienie gitary w "We Do Nothing" sprawiają rozkosz przez słuchawki. Vek zapomniał o swoim bardziej rozluźnionych obliczu i metodycznie zmontował metalicznie lśniący i agresywny album składający się ze spiętych i nerwowych kawałków.

Z kompozycjami jest niestety dużo gorzej niż z produkcją. Pod tym względem większość piosenek na Leisure Seizure sprawia wrażenie pisanych w pośpiechu, a nie dopracowywanych latami. Nawet zupełnie udanym trackom takim jak "We Do Nothing", "Aroused" czy "A.P.O.L.O.G.Y." brakuje trochę chęci i rozpędu, żeby osiągnąć świetność. Są też i mniej udane. "Close Mic'ed" ciągnie się i ciągnie i nie robi nic. "World Of Doubt" składa się z całkiem imponujących, złowrogich hałasów elektroniczono-elektrycznych, ale na ich tle Vek umieszcza swoją niestrawną melodeklamację, coś z pogranicza Marka E. Smitha i gości z Goldie Lookin Chain. Nie, to nie brzmi dobrze. O, wokal – wokal jest ogólnie problemem na tej płycie. Pod koniec płyty będziecie mieć dość cienkiego głosu Veka i jego monotonnej nawijki. Sześć lat temu miał świetny i eklektyczny materiał, który odciągał od tych problemów uwagę i garażową produkcję, pod którą mogły się schować.

Mam problem z Leisure Seizure. Tom Vek umieścił tutaj dużo dobrych bitów, nawpychał sporo świetnych synthów. Słuchając tego na słuchawkach, co chwila można być czymś zaintrygowanym. Jednak piosenki, do których to wszystko podpięto wrażenia nie robią. Mam problem z Leisure Seizure, ale po skończeniu tego zdania raczej nie będę o nim myślał.

Łukasz Konatowicz    
22 czerwca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy