RECENZJE

Todd Terje
It's Album Time

2014, Olsen 6.5

Ze strategicznego punktu widzenia zakończenie It's Album Time "Inspectorem Norsem" okazało się wybornym zabiegiem. Jestem przekonany, że sam Terje długo myślał nad tym, gdzie w trackliście umieścić utwór, który nie tylko określić można utartym mianem największego hitu wykonawcy, ale który właściwie ustanowił pewien punkt odniesienia względem pozostałej twórczości norweskiego producenta – ostatecznie ustanawiając klucz stylistyczny, którego muzyk będzie się później starał konsekwentnie trzymać, otwierając przestrzeń określonej kultury i targetu czy testując pewne rozwiązania formalne, które uczyniły z Terjego najważniejszego współczesnego gwardiana formy linearnej, progresywnej pop-suity. Na pełnometrażowy album czekaliśmy wystarczająco długo, by "Inspector" zdążył przeżyć nie tylko swoją drugą młodość, ale również stać się "klasykiem (niemalże) w dniu premiery", z przewrotnością i autoironią charakterystyczną dla swojego twórcy niejako "przestawiając z głowy na nogi" tę prześmiewczą formułę. Tymczasem It's Album Time zdradza znacznie większe ambicje niż powielanie formuły ciepłego, synth-popowych bangera, uchylając nieco kurtynę w celu odsłonięcia raczej procesu twórczego niż intensyfikacji dyskoteki wakacyjnych fantazmatów. Stąd "Inspectora" znajdziemy na samym końcu; jako pewnego rodzaju pokrywkę ochraniającą zawartość wypełnianego w trakcie czterdziestu minut naczynia (zapewne, podtrzymując klątwę pisania o radosnej muzyce językiem gastronomicznym, zawierającego owocowy koktajl z martini i syropem z marakui).

I choć na trackliście znajdziemy utwory eksponujące bardziej ekspresywne oblicze norweskiego producenta (jak znane już wcześniej "Strandbar" czy "Oh Joy"), to cały krążek – z całym zestawem rozmaitych "wyciszaczy"; spokojniejszych, eksplorujących inne zupełnie rejony artystyczne utworów, interludiów, przerywników, a nawet rozciągniętych do formatów pełnoprawnej piosenki niby-dżingli (bo jak inaczej opisać "Svensk Sås" – trwający ledwie dwie i pół minuty pastisz południowoamerykańskich rytmów, opierający się w zasadzie na jednym zapętlonym motywie?) sprawia wrażenie narracyjnej, aspirującej do bycia czymś więcej niż jedynie sumą swoich części, całości, gdzie najbardziej rozpoznawalne dla twórczości Todda Terjego konwencje stanowią jedynie pojedyncze punkty na nieregularnej, nieustannie zwodzącej słuchacza trasie. Dancefloorowa dyscyplina pojawia się dopiero gdzieś na wysokości dziewiątego indeksu, wraz z rozpasanym dyptykiem "Swing Star", a więc w trzech czwartych krążka. Wcześniej właściwie jedynie "Standbar" i "Delorean Dynamite" dysponują jakimś tanecznym potencjałem, odświeżając dygresyjne, easy-listeningowe tempo, jakie narzuca nawiązująca do ilustracyjnego rewersu tradycji disco, funku, world music i fusion pierwsza połowa krążka.

Sam pomysł stworzenia bardziej "autorskiego", "kompozytorskiego" krążka nie musiał być od razu skazany na porażkę, gdyby nie to, że Terje chcąc za wszelką cenę uniknąć etykietki "kolejnego house'owego producenta ze Skandynawii" wpada mimowolnie w pułapkę kabotyńskiego szyderstwa, które dość szybko przestaje bawić, a zaczyna – no cóż – lekko nużyć. Żonglując stylistycznymi odniesieniami, zręcznie scrollując listę formatów nowoczesnej parafrazy muzycznych tradycji, ślizga się po powierzchni każdego z nich, nie poświęcając żadnemu wystarczającej uwagi, by jego zastosowanie wyszło poza fazę eleganckiego szkicu. W ten sposób powiela ten sam błąd, który wykonali przy pracy nad Random Access Memories Bangalter i de Homem-Christo. Otaczając się bogactwem artefaktów i mnogością żyjących jeszcze branżowych ikon nie zdołali w satysfakcjonujący sposób przepracować przez własną wrażliwość songwriterską zapożyczonej, porzuconej przez ciągłość historyczną estetyki. To nie jest kwestia problematycznej "szczerości", ale osłuchania, opanowania języka, operatywności. Nie tyle chodzi o "olanie" albumowych "fillerów", niestaranność, niewystarczającą ilość włożonej pracy, ale o nieumiejętność znalezienia sposobu na użytkowanie konkretnych konceptów.

Doskonałym tego przykładem jest zmęczony, niepotrzebny cover legendarnego synthpopowego hymnu Roberta Palmera. "Johnny and Mary" w wykonaniu niemal nierozpoznawalnego Bryana Ferry'go miało w zamierzeniu skupić rozproszone drobinki łączące przeszłość z teraźniejszością; młody, energiczny etos muzyka w apogeum swoich piętnastu minut sławy i u szczytu sił twórczych z legendą podniesioną do potęgi drugiej, bo coverowaną przez inną legendę. Wszystko wyłamuje się z raczej fragmentarycznego (nie)porządku snutej opowieści i spada na słuchacza w samym sercu płyty: z całym ciężarem legitymacji, do bycia którą aspiruje, bardziej dezorientując niż zręcznie kontrastując.

Zaznaczmy na koniec jedno – to naprawdę nie jest zła płyta. Nieprzemyślana, ryzykowna, czasem niepotrzebnie stawiająca wszystko vabank kosztem bezpieczniejszych, bardziej przewidywalnych rozwiązań. Na pewno potwierdza jedno – to, że Terje nie jest kolejnym sprawnym szczęściarzem ze Skandynawii, ale prawdziwie unikalną muzyczną osobowością, która oprócz tego, że potrafi pisać świetne piosenki, to nie może powstrzymać się od ciągłego ustosunkowywania się do swojej twórczości. It's Album Time przypomina potężny zbiór chaotycznych przypisów do kilku popisowych wersów i dlatego jednak rozczarowuje, szczególnie jak wróci się do starszego materiału gościa (ostatni feature na PFM przypomniał zresztą wszystkim, że przecież wybitny z niego remikser, "Graceland" <3). Z jednej strony nie jest to więc wcale jakoś specjalnie "lepsze" Random Access Memories, ale z drugiej... przecież trudno zdissować płytę, która kończy się "Inspectorem Norsem".

Jakub Wencel    
22 kwietnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie