RECENZJE
Tobias Jesso Jr.

Tobias Jesso Jr.
Goon

2015, True Panther 5.6

Ameryka kocha takich gości, jak Tobias Jesso Jr. A uściślając: amerykańscy krytycy kochają. Kochają historie stojące za postaciami: pochodzący z North Vancouver w Kanadzie Tobias przeniósł się do LA, gdzie mieszkał kilka lat i zdobywał nowe doświadczenia. Niestety, lekarze zdiagnozowali u jego matki raka i musiał wrócić do domu, do Kanady. Z tego wszystkiego Jesso zaczął pisać piosenki (grając na fortepianie swojej siostry) i nagrywać demówki, które potem wysłał ziomkowi z Girls (bo jest fanem...), producentowi Chetowi "JR" White'owi. Chetowi OCZYWIŚCIE spodobały się te kawałki i zaproponował młodemu songwriterowi nagranie całego LP, ale już w Stanach. Pojawiły się spore problemy z wizą, ale wreszcie, po dłuższym czasie, doszło do spotkania obu muzyków w San Francisco, a wraz z tym do nagrywania kawałków. Potem Tobias nawiązał kontakt z innymi producentami (Patrick Carney z The Black Keys, Jonathan Rado z Foxygen czy John Collins z New Porno) i tak oto powstał wzruszający zestaw dwunastu ballad przesiąkniętych duchem fortepianowo-'70s-owego pieśniarstwa (w niemal każdej recenzji padają porównania do Randy'ego Newmana czy Harry'ego Nilssona). I zdaje się, że nawet nie trzeba słuchać Goon, żeby móc wierzyć w talent i podziwiać dojrzałość tego wciąż młodego człowieka. A jednak posłuchałem.

Posłuchałem i trochę MYDLANA BAŃKA PRYSŁA. Chciałbym, aby debiut Jesso Jr. był faktycznie tak znakomity, jak mówią zachodnie recenzje. Doceniam nawet pomysł na granie: fajnie byłoby w 2015 usłyszeć jakiś zajebisty krążek nawiązujący estetyką do kanonu singer/songwriterskiego lat 70. Jednak wciąż takiego albumu nie ma i nie widać nikogo, kto mógłby takowy nagrać (Wojtek stawia na Californiamana, hmmmm...). Nie ma, bo Goon, choć rzeczywiście sięga do muzyki sprzed ponad czterdziestu lat, to jednak nie dostarcza tak znakomitych kompozycji jak niegdyś Dennis Wilson, Todd Rundgren czy John Lennon.

Właśnie, dlaczego praktycznie w żadnej recenzji nie pada odniesienie w postaci Johna? Do Bitli były − gdzieś natknąłem się na porównanie "Crocodile Tears" do "Martha My Dear" (no comments), ale do solowego Lennona chyba nie. Czyżby dlatego, że w udzielanych przez Tobiasa wywiadach z jego ust nigdy nie pada taka referencja? A przecież "Without You" czy "Can We Still Be Friends" brzmią jak mimikra fortepianowych ballad (nawet wokalnie) z Imagine. Tylko że tytułowy "Imagine" czy "Jealous Guy" to JEBANE evergreeny, a numery TJJ to nieźle zrealizowane kopie. A co z resztą utworów? Miniaturki "The Wait" czy "Tell The Truth" czerpią z kolei garściami z wczesnego (a po Carrie & Lowell powinienem napisać z wczesno-późnego) Sufjana, a "Leaving LA" kradnie dość bezceremonialnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych motywów Erika Satie (wstyd linkować który). Taki to właśnie utalentowany gość ten Tobias. W sensie, ja tu nie słyszę wyrazistych, *własnych* piosenek, tylko raczej jakieś ładnie skrojone i obudowane odpryski po wielkich, dlatego jakoś trudno mi się wzruszyć. Choć Goon to całkiem ŁADNE piosenki, które choć zupełnie nieodkrywcze i trochę nudnawe, to da się ich słuchać nawet z pewnego rodzaju przyjemnością.

Sączący się niespiesznie, lekko zabluesowiony "Bad Words" jest nie najgorszy. Skoczna melodia "For You" jest bardzo miła, choć wyczuwam kruche podobieństwo w sferze narracji z "Holidays" Beach Boys. Ale paradoksalnie najlepszym momentem płyty jest fragment, który zupełnie nie pokrywa się z całością, mianowicie końcówka "Hollywood" (czy Tobias słyszał kiedyś The Glow, Pt. 2?). Tu wreszcie zaczyna się dziać coś innego, coś, co nie jest tylko odwzorowaniem dobrze znanego schematu. Gdyby na kolejnym longplayu Tobias zdecydował się rozwinąć ten moment, mogłoby być całkiem interesująco. A więc co z Goon? TJJ odpowiada: "I really didn't want a '70s record, and I'm trying to be very conscious about not going down that road too much. I wanted to make something contemporary". Zatem na razie cel jest bardzo, bardzo daleko.

Tomasz Skowyra    
8 kwietnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie