RECENZJE
Tinashe

Tinashe
Aquarius

2014, RCA 6.3

"Welcome to my world" – zaprasza Tinashe pod koniec otwierającego album kawałka. To niewinnie wyszeptane zdanie stało się dla mnie symbolem moich problemów z tą płytą. Odnoszę wrażenie, że plan 21-latki zakładał, że Aquarius będzie stanowił pewien monolit, który w kompletny sposób przedstawi szerszej publiczności jej postać i zdefiniuje jej miejsce na firmamencie wschodzących gwiazdek muzyki R&B. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby ilość nagranego materiału dźwiękowego dorównywała ambicjom piosenkarki. Wtedy pewnie łatwiej byłoby zagłębić się w to, co chce nam panna Kachingwe przekazać. Niestety się to nie udało i podczas odsłuchu całości łatwo o lekkie znużenie. Nie pomagają liczne przerywniki. Mamy tu sporą różnorodność: od krótkich nagrań 7-letniej Tinashe śpiewającej napisaną samodzielnie piosenkę poprzez rozkminy dotyczące istoty rzeczywistości i subiektywności prawdy aż do odgłosów burzy stanowiących closer Aquariusa. Mimo że całkiem nieźle pasuje to wszystko do atmosfery krążka, to bardziej niż hooki filozoficzne doceniłbym te muzyczne, a do tego płyta jest i tak dość rozwlekła, więc stratę tych kilku minut w zamian za więcej konkretu uznałbym za dość korzystny trade-off. Łatwo można moje zarzuty zbić tym, że elementy te należą do budowanej przez wiele lat konwencji, ale co ja poradzę, że ciężko mi wybaczyć dłużyzny na zaledwie niezłym albumie.

Dobra, ale pora skończyć z marudzeniem i przejść do rzeczy, które mi się podobają, a trochę ich na szczęście jest. Większość tego, co warte polecenia, umieszczono na początku. Zaczyna się od odprężającej piosenki tytułowej, pięknie eksponującej wokalne umiejętności Tinashe na tle łagodnie płynącego podkładu, ozdobionego oszczędnie dawkowanymi fortepianowymi wstawkami w prechorusie i refrenie, które podkreślają przejście w kolejną część utworu. "Bet" z ładną zwrotką i wyrazistym refrenem, wyprodukowany przez Deva Hynesa do spółki z DJ-em Dahi, to też jeden z jasnych punktów <i>Aquariusa</i>, zakończony jednak zbędnym gitarowym solem pierwszego z wyżej wspomnianych muzyków. Stanowi ono pomost prowadzący do mojego ulubionego "Cold Sweat". Przez pierwsze minuty jest to po prostu porządny, trochę hipnotyzujący jednostajnością kawałek, ale o jego sile stanowi zmiana bitu w 3:27. Wchodzą śliczne wokalizy, Tinashe uwodzi falsetem otulonym w pulsujące synthy, żeby nagle rozpocząć zajebistą rapową nawijkę i zakończyć całość, powracając z pełną siłą swojego głosu i bardziej intensywnym podkładem. Trwa to wszystko łącznie niewiele ponad półtorej minuty, ale tylko ten krótki fragment "Cold Sweat" odpalałem więcej razy niż sporą część moich ulubionych tegorocznych singli i ciągle mam ochotę na powrót. Dość nieoczywista budowa pewnie przeszkodziła temu nagraniu w zostaniu singlem, ale zapowiadający płytę od stycznia "2 On" też zdecydowanie daje radę, o czym pewnie większość z was już się dawno temu przekonała. Dla zrównoważenia bardziej tanecznej produkcji DJ Mustarda drugą opublikowaną piosenką został wyciszony "Pretend". Jest to ciut sztampowa ballada, w której A$AP Rocky wciela się w rolę chłopaka, który nie okazał się wymarzonym partnerem dla Tinashe, próbującej udawać, że jej nie skrzywdził, żeby ponownie wzniecić dawne uczucia. Nie jest to może porywająca kompozycja, ale też nie powiem, żeby mnie jakoś specjalnie męczyła. Powracając do tematu highlightów Wodnika, nie mogę zapomnieć o "How Many Times", mimo że za dużo tu "Funny How Time Flies (When You're Having Fun)" Janet Jackson, bo, poza użyciem sampla, Tinashe naśladuje starszą koleżankę też tym, jak akcentuje kolejne słowa w refrenie. Ale przymknę na to oko, bo jest tam też sporo nowych elementów stanowiących o jakości kawałka, jak np. umiejętne podbijanie wokalu podkładem w chorusie. Zgrzyt stanowi za to featuring, jaki dał Future, który miał pewnie być formą obrony przed posądzeniami o pójście na łatwiznę poprzez kopiowanie rozwiązań zastosowanych w znakomitym numerze sprzed prawie 30 lat. Wyszło jednak tak, że niemalże wypluwane przez rapera wersy kompletnie burzą utworzony wcześniej intymny klimat.

Reszta indeksów głównie zawodzi. Nie są to fatalne utwory, ale nie potrafią wywołać pozytywnych odczuć. Idealnym przykładem jest "All Hands On Deck", mający prawdopodobnie być prezentem dla osób, którym spodobało się "2 On". Samo stylistyczne podobieństwo to mimo wszystko za mało, bo drugi z tych kawałków jest po prostu wyraźnie lepszy. "Feels Like Vegas" brzmi trochę jak odrzut z któregoś z krążków Izy Lach. Łodzianka napisała wraz ze Snoopem w ciągu ostatnich lat kilkaset piosenek i tak mogłaby brzmieć jedna z tych, które nie przeszły pierwotnej selekcji. Moich wrażeń nie poprawia to, że najlepsza część numeru, czyli zaczynający się pod koniec trzeciej minuty mostek, zostaje zbyt szybko przerwana i następuje powrót do niezbyt fascynujących dźwięków. A może trzeba było to jakoś rozwinąć wzorem "Cold Sweat" i skończyłoby się bardziej atrakcyjnie.

Jeśli miałbym porównać Aquariusa z zeszłorocznym mixtapem, uznałbym jednak wyższość Black Water, na której materiał był równiejszy. Highlighty oficjalnego debiutu lśnią za to jaśniej od ich odpowiedników z poprzednich nagrań, co daje nadzieję, że ciągle bardzo młoda artystka uraczy nas w przyszłości płytą, o której będzie można myśleć, układając listę ulubionych albumów roku.

Piotr Ejsmont    
24 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy