RECENZJE

Tinariwen
Tassili

2011, Anti- 6.0

Wyjechałem pod Opole, bo musiałem. Droga z Warszawy do Opola jest tego lata wielce kłopotliwa. Na dystansie 597 kilometrów (w obie strony) czekało na mnie około 200 km utrudnień na krajowej ósemce, dwa blokujące drogę wypadki, jedna nawałnica i dwa zatory w Częstochowie (o 8.00 i 15.00). Dość oldskulowo miałem ze sobą sześć płyt, jednak okoliczności podróży, wysoka temperatura, kiepski sprzęt audio i ogólne niewyspanie powodowały irytację przy takich bangerach jak Black City, czy nawet The King Of Limbs. Żaden z pięciu albumów wywodzących się z cywilizacji śmierci nie dawał wytchnienia od tych mikrobolączek, jedno Amassakoul, nagrane przez Tinariwen w 2004 roku, przynosiło wytchnienie od mikrobolączek. W efekcie poleciało tego dnia chyba z osiem razy.

To nie była jakaś wybitna anegdota – acz pamiętajcie o tej krajowej ósemce, bo natniecie się okrutnie, nawet w nocy – - ale takie uczucie spokoju i pogodzenia ze wszystkim cechuje także nowy album Tinariwen. Unikalne to wrażenie, bo – jak rzadko – wyprowadza refleksję powyżej poziomu planów zawodowych i kampanii wyborczej.

W maju Krzysiek opisywał płytę Agadez, nagrane przez Bombino. Poświęcił tam kilka akapitów afrykańskiemu ludowi Tuaregów, z którego wywodzą się również członkowie Tinariwen. I przeszli podobną drogę – niektórzy z nich brali udział w powstaniu i walce o swoje państwo, ich pierwsze kasety były w ich ojczyźnie zakazane, etc. I po tym dość barwnym etapie, już w latach zerowych zyskali spory rozgłos w Europie, śpiewając o tym, co jest im bliskie. Potem Thom Yorke zapowiedział, że będą najlepszym rockowym zespołem świata. I może będą, ale jeszcze nie dzisiaj.

Wbrew jakimśtam przypuszczeniom Tinariwen, na Tassili, nie poszli jakoś szczególnie na zachód (czy też może na północ). Są wtręty po francusku a w książeczce znalazły się teksty również w języku angielskim, zaprosili nawet znanych muzyków z Ameryki, większość materiału nagrali w Paryżu. Są – tak jak było to do tej pory – w rozkroku między swoimi brzmieniami i przyswajalnością dla mas. Mają też świetne zdjęcia z pustyni, na których niektórzy mają zasłonięte twarze.

Podobnie jak Bombino, Tinariwen w niewielkim stopniu wykorzystują swoje lokalne instrumenty, najczęściej słychać tu gitarę, przeszkadzajki, wybitnie dobrze wypadają trąbki. W komponowaniu są niezwykle konsekwentni – wciąż mam wrażenie, że otwieracz Tassili jest otwieraczem Amassakoul. Karty rozdane w ciągu kilku pierwszych minut, a potem po prostu płyniemy. Ibrahim ag Alhabib opowiada swoim głębokim zachrypniętym, typowo bluesowym głosem o cudach pustyni, smutku wyjazdu i miłości do boga, okazjonalnie improwizując na gitarze, pozostali dośpiewują chórki i nadają tym historiom i tak suną bluesowo przez kilkadziesiąt minut. Oczywiście najbardziej rzuca się w uszy utwór numer 3, a to za sprawą naszych dobrych znajomych z TV On The Radio, ale tylko refren w jakiś sposób odróżnia go od reszty. Są lepsze fragmenty.

Będę oczywiście Tassili słuchał, póki będę miał pod palcem, a potem zapomnę. Ale przynajmniej skłonili mnie do przeczytania czegoś o sobie i swoich znajomych – a ponoć o to też im chodzi.

Filip Kekusz    
10 września 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie