RECENZJE

Tin Pan Alley
Palm Waves

2010, Gingerbread 5.9

JM: Domniemanie winy obowiązuje w północno-koreańskim systemie prawnym (zgaduję, ale spróbujcie to jakoś sprawdzić, hehe) jak i w muzyce. Jak nie jesteś zajebisty to wypad z baru. Tin Pan Alley zrobili coś, czego polskie zespoły gitarowe dokonują bardzo rzadko – nie krewią na swojej płycie ani razu. Walcząc o wyjście na wolność nie napinają się zresztą za zbytnio, ale tak to już chyba jest, gdy Pavement poznało się zanim Wavves wydało swój debiut. Gdyby ktoś przedstawił mi dla hecy "Mangrove Tunnel" jako odnaleziony numer Jawbox, uwierzyłbym. Inna sprawa, że przykład Tin Pan Alley pokazuje, jak wielkie znaczenie mają niezłe lub dobre teksty po polsku – słabsi kompozycyjnie Notoryczni Debiutanci dotykają mnie nieco głębiej, "za ich rockiem stoją prawdziwe emocje" jakby powiedział Zbigniew Hołdys. TPA zaś to zimne skurczybyki.

KFB: Ciężko mi się słucha takich płyt. I to nie dlatego, że słuchanie ich męczy mnie fizycznie czy nie daj Boże psychiczne – mam po prostu pewien problem z oddzieleniem suchej "zawartości merytorycznej" krążka od łańcucha asocjacji, który bezwiednie uruchamia mi się w głowie słuchając takiego Palm Waves na przykład. W skrócie – nie wiem do końca na ile te piosenki są dobre same w sobie, a na ile na ich dosyć wysoką ocenę w mojej głowie wpływa szereg czynników pozamuzycznych. Z jednej strony jasne, miło że mamy kolejny zespół, którego członkowie wolą słuchać Built To Spill zamiast The Killers, ale trochę szkoda, że nie wnoszą zbyt wiele swojego do całej estetyki, patrząc zarówno przez pryzmat kompozycji jaki i popularnej ostatnimi czasy "wrażliwości muzycznej". Oczywiście w żadnym stopniu nie zmienia to faktu, że debiutancki album TPA zawiera praktycznie same utwory stojące na relatywnie wysokim poziomie, ale największym problemem tych piosenek jest to, że muzycy zbyt rzadko wychodzą w nich poza utarte schematy. Nawet wszystkie nieśmiałe próby "eksperymentowania" należy rozpatrywać przez pryzmat "indie", ale faktem jest że te rozbudowane kawałki pokroju openera, closera czy "The Playground" robią chyba najmocniejsze wrażenie i nieśmiało zdają się wskazywać kierunek, w którym grupa powinna podążać. Trochę mi szkoda, bo mam świadomość, że gdyby taką płytę wydał polski zespół 3-4 lata temu to mój odbiór takiego krążka wyglądałby inaczej, sikałbym pewnie po nogach i ogólnie szalał, ale w 2010 nie ma to szans. Niestety, mieliśmy jednak już trochę niespodzianek na krajowym niezal-podwórku, więc podejście Tin Pan Alley do muzyki niczym zaskoczyć nie może. Mamy tu za to 8 tylko i aż solidnych utworów, które przypominają o ostatnich czasach prawdziwej świetności muzyki gitarowej. Dobre i to, dlatego szacun dla TPA za ambicję i zwyczajnie dobry gust, to się u nas na dzielni ceni w tych trudnych czasach.

MZ: Mimo całego entuzjazmu to jest zaledwie sprawne i sympatyczne podsumowanie amerykańskich niezależnych gitarowych wątków lat 90-tych – słychać Superchunk, Sebadoh, wczesne Mercury Rev, Pavement, kto wie czy nie Jawbox. Imponujący zestaw porównań, ale zanim pogalopujecie do sklepu wstrzymajcie na chwilkę swoje konie, bo nie jest aż tak kolorowo. "The City And Man" ładnie jeszcze, trzeba przyznać, skleja epicki indie-rockowy hook w stylu Mascisa ze zwięzłymi lo-fi gitarkami i przelatującym "organkowym" motywem, wskrzeszając fajnie klimat z wybrzmiałej już dawno bajki. Dalej nie ma już ani tak fajnych kawałków, ani pomysłu na coś swojego – jakkolwiek banalnie to brzmi, to jest właśnie jeden z tych przypadków, kiedy płyta niewiele wnosi. Ale też nie ma się co czepnąć, w oniryczne zwieńczenie "Taffeta" stanowi ładną odskocznię, a w rozbudowanym closerze też się można zatracić.

JB: Broniłbym jednak prawa piosenek Tin Pan Alley do samostanowienia. No nie dajmy się zwariować etosowi wiecznego odkrywcy i nie prujmy po raz kolejny całunu "nieodżałowanych dziewięćdziesiątych", kiedy wokół mili zalotnicy i w ogóle jest w czym przebierać. Zresztą, wiele dzisiejszych indie-klasyków, cieszy się tym statusem pomimo, delikatnie rzecz ujmując, umiarkowanej innowacyjności. Skłaniałbym się więc ku teorii, że poza ewidentnymi ekstremami (nachalne zrzynki vs. nowatorskie rozwiązania) wszystko rozbija się o relatywizm i przychylność recenzenta, którą ostatecznie zdobywa się kompozycjami. Czy słysząc ten malkmusowski okrzyk w "To The Following" mam poczucie, że ktoś tu chce coś ugrać na ignorancji słuchacza? No właśnie nie, dla mnie to jest po prostu intrygująca średniówka refrenu, wyrazisty akcent fajowskiego przejścia. Takie odczucia towarzyszą mi zresztą podczas słuchania całego Palm Waves, niezależnie od tego czy pod tego Malkmusa podstawimy Asha czy (przede wszystkim) innego Prekopa. Możliwe, że jestem przesadnym idealistą, tańczącym na kurhanach ojców-założycieli CCCS-u, ale podejrzewam, że debiut Tin Pan Alley podoba mi się nie tylko dlatego, że jestem szalikowcem Polvo, ale również dlatego, że jest to bardzo dobry materiał. Co w sumie też jest pewną innowacją w kontekście polskiego rocka.

Jan Błaszczak     Jędrzej Michalak     Kacper Bartosiak     Michał Zagroba    
16 marca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie