RECENZJE

Timbaland
Timbaland Presents Shock Value

2007, Interscope 3.4

W moim top 30 singli 2006 roku znalazło się aż pięć kawałków z podkładami Timbalanda, z czego 40 procent w pierwszej dziesiątce. Nie może więc dziwić fakt, że na solowe wydawnictwo Timby czekałem z wypiekami na twarzy. Tym bardziej, że skład gości zdawał się być elektryzujący: zapowiadano między innymi Justina, Nelly Furtado, Nicole Scherzinger czy Missy. Po kilku obsuwach z terminami Shock Value pojawiło się w końcu na rynku na początku kwietnia.

Z tekstów na płycie dowiadujemy się przede wszystkim jakim zajebistym i utalentowanym ziomem jest Mosley, jakie świetne bity układa (choćby w singlowym opisywanym już u nas w zeszłym roku "Give It To Me", w którym Timothy dissuje Scotta Storcha, a Timberlake nawiązuje do słynnego skandalu z rozebraniem Janet Jackson) i jak wielkimi sumami obraca to kupując prywatny odrzutowiec, to obsypując luksusowymi prezentami każdą niunię, która się nawinie. Wszystko fajnie, tylko szkoda, że Shock Value nie wydaje się być niestety potwierdzeniem ani niezwykłego talentu produkcyjnego Timbalanda, ani tym bardziej tego, że taki super z niego koleżka. Nie to, że to płyta zła pod każdym względem. Raczej cholernie nierówna.

Momenty są, ale niestety nieliczne. Wspomniane "Give It To Me" jest oczywistym highlightem, liczyłem więc, że i inne numery, do których Mosley zaangażował JT między jego występami aktorskimi (swoją drogą - nienajgorszymi, w Alpha Dog wokalista nawet sobie poradził, ciekawe jak w Blue Snake Moan) doskoczą do wysoko zawieszonej poprzeczki. Tymczasem w "Release" Timberlake'a prawie wcale nie słychać, jego głos został bowiem zagłuszony licznymi efektami dźwiękowymi, a także wokalem Timby, co zaowocowało dużym rozczarowaniem. Już tutaj potwierdza się, że główny bohater albumu dysponuje raczej słabym flow, co zresztą nie powinno nikogo dziwić. Wszak z czego innego zasłynął, o czym skutecznie przypomina utwór "Bounce" oferujący hipnotyczny, minimalistyczny podkład, jeden z lepszych na płycie. Niestety doszczętnie zepsuty przez liryki wyśpiewywane przez Timberlake'a, obok którego w piosence pojawiają się także Missy Elliot nawijająca o Britney Spears oraz Dre chwalący się posiadaniem domku letniskowego. Oto Justin nieznającym sprzeciwu tonem bossa rozkazuje jakiejś cizi: "bounce like your ass got the hiccups". Nie wiem jak Wy, ja owszem mam czkawkę, ze śmiechu. Podobnie jak wtedy, gdy wokalista kreśli wizję dzikiej orgietki: "And you on me and me on you and you on her / Then her on me and her on you and y'all on me". Spoko, co kto lubi, mam tylko nadzieję, że nasz kochaś uważa, żeby nagrania video z dokumentacją tych ćwiczeń rozciągających nie wyciekły do sieci.

Zawód sprawił więc mój faworyt, ale odsiecz przyszła z nieoczekiwanej strony. Nieznana mi dotąd, pojawiająca się tu w czterech kawałkach Keri Hilson nieco uratowała honor Timby. Najlepszy featuring Keri oferuje zdecydowanie w "The Way I Are", jednym z nielicznych numerów, które nie odstawałyby poziomem in minus na wyprodukowanym przez Mosleya Loose. Nie zawodzi także duet Hilson z Nicole Scherzinger, urodziwą liderką Pussycat Dolls, w "Scream". Solowe płyty obu tych pań mogą okazać się więc sporymi wydarzeniami i być może tegorocznymi odpowiednikami wspomnianego albumu Nelly Furtado.

Kompletnie niepojęte jest dla mnie dlaczego bijące na głowę większość Shock Value "Come Around" (gościnnie M.I.A., która niedawno śpiewała o Missy i Timbalandzie w swoim "Fire Fire", a teraz znalazła się z nimi na jednym albumie) opublikowano jedynie jako bonus do angielskiego wydania krążka. Niemniej Amerykanie muszą obejść się smakiem. A szkoda, może dowiedzieliby się trochę ciekawych rzeczy o geografii. Mosley wyznaje bowiem, że z chęcią odwiedziłby Arulpragasam w jej tipi. Taaa, słyszałem, że na Sri Lance niektórzy mieszkają także w igloo.

Skoro już jesteśmy przy aspektach geograficznych: kawałek "Bombay" brzmi jak numer porwany z Bollywoodzkiego soundtracku do kolejnego dzieła z Shah Rukh Khanem. Timbaland zupełnie się jednak w takim orientalnym sosie nie odnalazł, podobnie jak w duetach z rockowymi artystami. Wprawdzie podział na rzeczy "cool" i "uncool" od dawna nie obowiązuje, ale tacy Fallout Boy kojarzyli mi się dotąd zdecydowanie jak najgorzej. Słuszność tej opinii potwierdzili na Shock Value, mam nadzieję, że gorszej piosenki niż "One And Only" już w tym roku nie usłyszę. Udział Eltona może litościwie przemilczę.

Słuchając tej płyty nie sposób nie odnieść wrażenia, iż swoje najlepsze podkłady producent zachował dla artystów, z którymi będzie w najbliższym czasie współpracował. Może to mu się bardziej opłaca? Mi na pewno nie do końca opłaciło się nabycie Shock Value. Zastanawiam się więc, czy nie wysłać do Timby Pearl po odbiór zmarnowanej kasy. Zadowolę się, powiedzmy, połową, bo jak już wspomniałem główny zarzut dotyczy nierówności materiału. Na razie proszę więc o przelew trzech dyszek kulturalnie i po dobroci, ale z Pearl już tak łatwo nie będzie, laska jest bowiem ostra i nie znosi sprzeciwu.

Tomasz Waśko    
11 kwietnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja