RECENZJE

Tim Hecker
Mirages

2004, Alien8 6.0

I znów przychodzi niemal ten sam moment w rocznym cyklu natury, kiedy z drzew opadły już liście, temperatura zahacza o dolne rejony dopuszczalnej skali, a przed-opisy w rodzaju "/nie ma życia/" zdominowały waszą listę kontaktów gg, bo wiara kolektywnie doznaje jesiennej deprechy. Dość dobrze pamiętam ten grudniowy wieczór 2003, gdy wygłupialiśmy się z Tomkiem, rywalizując spontanicznie na leksykalnie wymyślne sposoby deskrypcji popularnego "doła". Pisałem akurat o Timie Heckerze, którego muzyka wywołuje podobne skojarzenia mimowolnie i natychmiastowo. Zebrałem później efekty naszej zabawy i tak powstał pierwszy akapit recenzji. Pamiętam też, że poznając w miarę świeży wtedy krążek Radio Amor byłem zaskoczony jak bardzo melodyjnie i względnie przyswajalnie prezentowała się ta płyta, gdy porównana z poprzednikiem, okrzyczanym w niezależnych elektronicznych kręgach Haunt Me, Haunt Me, Do It Again. Biadoliłem, że krytyka raczej nie dostrzegła tej subtelnej metamorfozy. Tim rzeczywiście odnalazł balans między drastycznie wyalienowaną, opustoszałą tkanką fakturową, a szczerym przekazem emocjonalnym przetkanym echem nutki nostalgii. Mikrosoniczne plamki sklecały przyzwoicie rozpoznawalne harmonie, co w tego typu twórczości jawi się majstersztykiem i rarytasem.

Interesująco, Mirages startuje z miejsca, w którym kończyło Haunt Me, tak jak by Kanadyjczyk traktował tytułowe, symboliczne "miłosne radio" ledwie chwilowym wybrykiem estetycznym bez konsekwencji, ot kaprysem zainspirowanym aktualnym humorem, i ponownie wywiercił podziemny przesmyk do ciemnych, gliniastych warstw gleby. Może odrobinę hiperbolizuję, lecz w sumie drugi w kolejności "Neither More Nor Less", z tym charakterystycznie dzwoniącym, rozmytym pianinkiem wtopionym w ambientowe czeluści pływającego dźwiękowego pejzażu, jako jedyny właściwie wprost przypomina uczuciową instrumentalną spowiedź Radia. Reszta realizuje świetnie uprzednio zdefiniowany program: skwierczące tekstury migają w przyćmionym świetle delikatnych, spreparowanych plumkań. "Balkanize-You" zalatuje nawet zmutowanym shoegazerem (wyjąca w oddali gitara), ale to trochę odniesienie na siłę, zdekontekstualizowane. Nazwy poszczególnych tracków nie grają roli, bo wszystko jawi się abstrakcyjnym, impresjonistycznym ciągiem. Deszcz smutku nocy kropi regularnie i... nie zamierzam specjalnie się rozpisywać na temat hermetycznego stylu Tymka, bo raz, że dużo czytelnikowi to nie pomoże, zwłaszcza na gruncie brzmieniowych wyobrażeń, a dwa, że już się z tym mierzyłem; z jakim efektem, ocenią państwo sami.

Od strony klimatu, osobiście odnajduję w krążkach pokroju Mirages materiał na solidne znieczulenie głowy po ciężkim dniu, o czym już wzmiankowałem w recce Venice. Istnieje rodzaj wolności, nieograniczoności, maksymalności w zanurzeniu łba pod kołdrę ze słuchawkami z których sączy się drobiazgowo wypieszczony, łaskoczący ucho hałas. Chyba pod tym względem wolę Tima od Philipa Jecka, bo poza odmiennym źródłem dźwięku, ich założenia są biegunowe: przeciwnie niż niestrudzony kolekcjoner winyli operujący awangardową poetyką zuchwałego, demonstracyjnego kolażu, Tim istotnie buduje kompozycje według dekodowalnego klucza, nawet jeśli pozornie zagubione w domniemanym chaosie. Zatem miło, naprawdę miło otrzymać w prezencie od wytwórni śliczny (yy czy już wspominaliśmy, że wydawnictwa Alien8, z tym typowym schematem czarnej kopertki na dysk, rozkładanym digipackiem z ujmującymi fotografiami i przeźroczystą folijką nie mają konkurencji??), oryginalny egzemplarz nowego dzieła Heckera (nie mylić broń boże z austriackim dentystą-świrem z Mego) i odkryć, iż zdumiewająco, koleś generalnie nie wymięka, trzyma z gracją pion i jakość jego prac zachowuje pewien sznyt, cechujący liderów progresywnego soundscape'owania. A następnie zmienić opis na "/nie ma życia/" i na dowód położyć się spać z Mirages w discmanie.

Borys Dejnarowicz    
17 listopada 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie