RECENZJE

Tim Hecker
Love Streams

2016, 4AD 6.5

W swoim gatunkowym nurcie Tim Hecker to postać absolutna. Prawdopodobnie największe nazwisko, zaraz obok Fennesza, we współczesnej zjadliwej, pozbawionej akademickiego nadęcia oraz pretensjonalności, "radiowej" muzyce drone'owej. Podczas gdy wspomniany Austriak przez kilkanaście lat aranżował swój hiperwyizolowany pop z elementami gitarowego słodko-malowniczego katharsis, Kanadyjczyk postanowił wybrać drogę nieco trudniejszą, ale też wśród artystów zrzeszonych pod ambientową banderą powszechniejszą - zaczął udźwięczniać ludzki żal i wątpliwości. Robił to całkiem oryginalnie, bo sonicznie rezonował na przecięciu zupełnie skrajnych emocji: smutku, żałości, aktu obcowania z prozą spod znaku dziewiętnastowiecznego amerykańskiego romantyzmu, a także wybitnie nieśmiałych w swym optymizmie sennych miraży. Piętnaście wiosen wydawniczej działalności pod własnym imieniem zaowocowało siedemnastoma kompozycjami, z których każda, rozpatrywana indywidualnie, trzymała wysoce przyzwoity poziom. Kluczem do sukcesu okazały się godne podziwu umiejętności plastyczne. Hecker na Ravedeath, 1972 tak zorganizował w czasie struktury dźwiękowe, że wielu było skłonnych uwierzyć w to, iż komunały o bezgłośności mgły, którymi karmiono ich na rudymentarnym etapie edukacji, to jednak zwykłe wymysły. Na Harmony In Ultraviolet nakreślił modelowe rozwiązanie rozładowania za pomocą nieznośnie mnożących się mikrotrzasków narastającego na soundscape'owej osi napięcia, a spłodziwszy swoje największe dotychczas dzieło – Radio Amor – uświadomił wszystkim, że na kontrolowaniu emocji zna się lepiej niż niejeden renomowany psychoterapeuta.

Dlaczego zdecydowałem się nieco dłuższą retrospektywę twórczości Kanadyjczyka? Z prostej przyczyny – Love Streams stanowi pierwsze tak wyraźne odejście od "drone-heckerowego" kanonu cechującego się wykorzystaniem wszelkiej maści minorowych, odczłowieczonych faktorów, z których Tim zwykł prząść swoje laptopotroniczne pejzaże. Ósmego kwietnia bieżącego roku nastąpił koniec pewnej ery. I choć po pierwszym przesłuchaniu najnowszego krążka ambientowej dumy Północnej Ameryki może to być jeszcze nie do końca słyszalne, to każda kolejna próba nawiązania dialogu z tymi czterdziestoma czterema minutami materiału powinna sprowadzić nas do uniwersalnej konkluzji – Hecker, "przechodząc" z zasłużonego dla niezalu labelu Kranky do stanowiącego definicję alt-mainstream'owej wytwórni 4AD, postawił na widowiskowość (singlowe "Castrati Stack"); nie na tanie efekciarstwo, ale na różnorodność, kompaktowość i festiwalowość. W Love Streams ciężko się zagubić i zatonąć, bo brakuje tu hektolitrów smoły, w której moglibyśmy ugrzęznąć po łokcie. Sam artysta dość szybko "wystrzelał się" z produkcyjnych tricków i już na wysokości trzeciego indeksu ("Bijie Dream") pozostawił przed słuchaczem otwarte na oścież drzwi do swojego warsztatu. A tam przede wszystkim zmiana osnowy – z kwadratowej matematyczności na progresywną awangardę. Kiedyś u Heckera doszukiwałem się silnych IDM-owych inspiracji (być może pokłosie fascynacji muzyką techno nagrywaną pod aliasem Jetone), które nadawały osobliwej i niespotykanej "melodyjności" spójnym, rozwlekłym pasażom poddawanym tylko mikroskopijnym zmianom "rytmicznym". Dziś królują u niego stosunkowo szybko zmieniające się schematy harmoniczne. Zupełnie tak, jakby Tim chciał choć trochę zahaczyć o współczesną twórczość wieloletnich współpracowników i zarazem kolegów po fachu pokroju Bena Frosta (notabene naturalizowany Islandczyk również brał udział w sesji nagraniowej Love Streams), czy Daniela Lopatina. Słychać to zwłaszcza w kombinowanym "Voice Crack". Ponadto powiększyło się instrumentarium, bo choć Kanadyjczyk znalazł w Reykjaviku nieco więcej niż antyczne aerofony i idiofony, to przede wszystkim pierwszy raz napotkał na swojej drodze głos-chór wykonujący partie napisane przez innego znanego muzyka, Jóhanna Jóhannssona. Hecker jeszcze nigdy w swojej karierze nie był tak blisko śpiewu i vocodera. I jednocześnie nigdy tak daleko od charakterystycznego w jego kompozycjach hałasu. Stworzył jednocześnie senną i błyszczącą muzykę sakralną utrzymaną w duchu ery post-analogowej.

Przystępność materiału najbardziej uderza w grupę zadeklarowanych fanów. Ci bowiem nie znajdują tutaj ani generycznego Heckera, ani wybitnie świeżego dzieła. To próba wyjścia poza stylistyczne ramy, w których wydawać by się mogło, na stałe uwięziono drone'owego tuza. Próba niekoniecznie udana z tego względu, że skonstruowana jest z muzycznych tropów stylistycznych poznanych już we wcześniejszych latach aktywności Kanadyjczyka, a wzbogacona raptem o kilka, nie tak odkrywczych w skali światowego prog-ambientu, zagadnień. Z kolei dla tych, którzy Radio Amor sprawdzali po łebkach, a u Oneohtrixa i w Aurorze przeszkadzała im ciężkość industrialnego ładunku, łagodne Love Streams jawi się najlepszym na tę chwilę rozwiązaniem (i to z jedną tylko dłużyzną – dyptykiem "Violet Monumental").

Witold Tyczka    
2 maja 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie