RECENZJE

Tigercity
Ancient Lover

2009, Tigercity 5.8

KB: Całkiem długo myślałem, jak w ogóle potraktować ten album. Czy próbować jakkolwiek zatrzeć w pamięci jego wyobrażenie, czy może wprost przeciwnie, jasno zmierzyć go z EP-ką? Nie ma rady, podejście drugie jakoś podświadomie wygrywa. No bo kto słucha Tigercity dla gitar. Odnoszę wrażenie, że albo zespół nie zorientował się, za co pokochał go Poland, albo uznał, że skierowanie się w bardziej rockową formę przyniesie mu więcej fanów na świecie. Otóż nie przyniesie. Płytka zwyczajnie przecieka i chociaż są tu nawet fajne piosenki, to nie mają nawet szans podskoczyć do "Powerstipe" albo "Dark Water". Już nawet wykluczając zachwyty nad każdym akordem, który na EP-ce się pojawia, nie mam problemu z przypomnieniem sobie melodii którejkolwiek z tamtych sześciu piosenek. Sześć w pełni uniwersalnych przebojów, zresztą wiecie, o co chodzi. Nie jestem w stanie słuchać Ancient Lover bez znużenia, nie oczekiwać jakiegoś wgniatającego power-refrenu, nie denerwować się spłyceniem kompozycji i produkcji. Powiedzmy wprost – Tigercity dali dupy.

ŁK: W którymś momencie między nagraniem Pretend Not To Love i Ancient Lover Tigercity stali się nudni. Singiel "Fake Gold" był już słabszy niż cokolwiek na EP-ce i prezentował zwrot w stronę trochę głupszej, gitarowej muzyki. To i tak zupełnie przyzwoita piosenka i otwierając długogrający album nie zapowiada żadnej porażki. Następny, też już wcześniej znany "Mallory", ze swoim płynącym na miękkich klawiszach refrenem, który ocieka taką samą nostalgią za latami 80. jak Saturdays=Youth M83, jest jeszcze lepszy. Potem płyta zaczyna dryfować i potykać się przez przyzwoity, średniacki synth-rock i sprawiając, że 39 minut ciągnie się jak długie godziny. Mało jaki przymiotnik pasuje do Ancient Lover tak jak "równy", ale to niekoniecznie komplement – żadnej piosenki nie można nazwać słabą i prawie żadna nie przełamuje monotonii. Osobno to raczej przyzwoite, choć mało ekscytujące numery – słuchane w ciągu męczą brakiem inwencji.

Zespół stracił pomysłowość w dziedzinie wymyślania hooków – "Quicksand" rozwija się jak wystarczająco fajny kawałek The Cars, żeby dać nam... właściwie nic; przeładowany kaskadami gitar refren "James Iha" to tylko dalekie echo melodyjnego dramatyzmu "Solitary Man". Chwile ulgi przynosi tylko ładne "Watching The Mountain". Wniosek po wysłuchaniu tej zapominalnej płyty nasuwa się taki: Tigercity potrzebują odpoczynku, my potrzebujemy odpoczynku od Tigercity.

PM: Pech chciał, że najbardziej niedoceniona grupa roku dwa tysiące siedem (pamiętacie feralną recenzje Pitchforka?) nie ma już za bardzo szans na bycie najbardziej niedocenioną grupą dwa tysiące dziewięć. Ancient Lover porażką nie jest; nie zgodzę się też, że gitarowe zakusy zespołu obniżają jakość ich LP "z zasady" – "Fake Gold" był przecież jednym z najfajniejszych singli pierwszej połówki roku i potrafię sobie w tej konwencji wyobrazić materiał genialny. Problem w tym, że podczas poszukiwań świeższego/modniejszego (tylko po co?) soundu, Tigercity utracili po części zdolność klejenia niezapomnianych melodycznie hooków. Nie tak miało być, ale i tak nie jest źle.

WS: Srajgersity, niezmiernie śmieszy mnie nadawanie wydaniu Pretend Not To Love (EP) statusu jakiegoś epokowego wydarzenia, które zmieniło postrzeganie muzyki w oczach polskiego fana niezalu. Przecież to była tylko i aż siódemkowa płyta, która umiejętnie czerpała z popowych herosów 80s, i która gasiła uśmiech kaskadami bladych riffów, jak choćby w closerze. Na nieszczęście na tegorocznym LP owych riffów jest od zajebania i trochę, kurde gdybym chciał wtórnych gitar , to bym sobie kupił nowych Trail Of Dead, hipotetycznie. No i jeszcze ten gnuśny songwriting – ''ja mam kurwa dobrą pałę i się nie boję''. O byłbym zapomniał, to wcale nie jest taka zła płyta, szkoda tylko, że nie pamiętam jak to leciało. W istocie, ''Fake Gold''.

Kamil Babacz     Łukasz Konatowicz     Patryk Mrozek     Wojciech Sawicki    
17 grudnia 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja