RECENZJE

Tiger Bear Wolf
Tiger Bear Wolf

2005, Hello Sir 6.6

Wkładając do odtwarzacza połyskujący krążek zespołu o wdzięcznej nazwie Tiger Bear Wolf, szczerze powiedziawszy spodziewałem się muzyki łagodnej i urokliwej: delikatnych muśnięć nylonowych strun akustyka, klasyczno-folkowych uzupełnień tła czy też różnorakich wariacji na temat przytulnej bedroom-popowej estetyki. Ewentualnie, kolejny przedstawiciel modnej fali kanadyjsko-brzmiącego contemporary niezal wchodził w grę; ale na pewno nie punk. Brudny, chamski, prymitywny i wulgarny. Któż by pomyślał, że taką właśnie stylistykę upodobali sobie ci czterej chłopcy z Karoliny Północnej?

Choć z tym "prymitywnym" to świadomie trochę przesadziłem. Wiecie, pasowało do trzech pozostałych epitetów. Prawda jest jednak taka, że kolesie sporo musieli się nasłuchać ostro-rockowej klasyki, zanim przystąpili do skomponowania swojej działki. A jest ona raczej analizą i syntezą szerokich inspiracji zespołu, niż ich własnym suplementem do nurtu. Nurtu, który tak naprawdę sam podlega dyskusji – punkowa jest tu niewątpliwie atmosfera, napięta i klaustrofobiczna; agresywna wrażliwość przebijająca zza misternie utkanej jazgotem warstwy brzmieniowej. Sama muzyka tymczasem to raczej specyficzny kolaż najróżniejszych hałaśliwych stylistyk: począwszy od hardcorowego emo, przez najbardziej dziką i dynamiczną odmianę indie-rocka (patrz: Dinosaur Jr.), aż do sprawnych nawiązań heavy-metalowych z lat siedemdziesiątych. Coś, co spokojnie mogliby nagrać Plastic Constellations, gdyby nagle stali się wiernymi fanami AC/DC, a miejsce poczciwego wokalisty zająłby poważny, rasowy punkowiec o niskim, acz krzykliwym głosie, wykonujący swoją powinność z iście Rottenowską werwą i pewnością siebie.

W przeciwieństwie jednak do wczesnego Plastic Constellations, epigońskość Tiger Bear Wolf podana jest w bardzo zręczny i umiejętny sposób; mamy tu prędzej do czynienia z zabawą z konwencją, niż bezmyślnym z niej czerpaniem. Firmowa mieszanka punkowych i rockowych stylistyk jest spójna i zbita; kolejne warstwy uzupełniają się nawzajem tak, że całkiem trudno wyłapywać poszczególne wpływy i opatentowane wieki temu gitarowe zagrywki. Nie widzę jednak potrzeby dla takiego działania; lepiej już traktować płytę Tiger Bear Wolf jako dzieło autonomiczne i niezależne, prezentujące jedynie głębokie rockowe dziedzictwo. W takim kontekście jawi się ono bowiem jako zaskakująco ciekawy, trzymający w napięciu i porywający album.

Patryk Mrozek    
17 marca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie