RECENZJE

Tiga
Sexor

2006, Different 6.5

Jest sprawa: czy Tiga jest podobny do Mylene Farmer? To znaczy z wyglądu okładki swojego DJ Kicks, a właściwie chodzi tutaj o włosy. Ale czy to są prawdziwe włosy, a jeśli nie, to jakiej one są firmy i czy jeszcze można sobie takie zamówić? Te i tym podobne zagadnienia poruszone zostały na różnych muzycznych forach internetowych w związku z wydaniem, już dobre dwa miesiące temu zresztą, debiutanckiego LP pana zwanego Tiga. Często się coś takiego nie zdarza, twórcy elektronicznej muzyki przeważnie są gdzieś w tle, czasem nawet nie wszyscy wiedzą, czy pod jakimś nickiem ukrywa się jedna osoba, czy może kilka i czy w ogóle są oni wszyscy human after all. A tutaj zdjęcia autora są częścią całego przedsięwzięcia – nie wiem, czy w tym samym sensie już od czasów DJ Kicks, ale za czasów Sexor na pewno nie chodzi tu już tylko o ładną reklamę płyty. Okładka nawiązuje do In Your Mind Bryana Ferry od Roxy Music, co może ma wskazywać na glamowe korzenie tworzenia swojego alter ego – tutaj byłaby nim postać Sexor z planety Sexor, którą odgrywa na zdjęciach sam Tiga, ale odgrywa tak, żeby nie było to takie jasne, czy to nie jest on sam. Od razu ma to zdaje się wprowadzać w zamysł płyty, jakim jest specyficzny powrót do przeszłości.

No więc po pierwsze wygląd i moda, po drugie kategoria gudszitu na Sexorze. Po pierwsze, czy te fakty, że było, było parę ładnych lat pracy nad tym albumem, że są na nim kawałki znane już od tych ładnych paru lat (jak choćby "Pleasure From The Bass") i że Tiga to współtwórca sukcesu electroclashu (choćby jako podpisany pod klasyczną dla gatunku kompilacją American Gigolo z 2002 roku, ale głównie jako mixujący wszystko dookoła i tym sposobem zdobywający sławę) nie sprawiają aby, że to wszystko jest już nieco przeterminowane? No i, chwileczkę, może nie Mylene Farmer, ale tak parę lat temu Superpitcher, żeby nie sięgać do samego glamu? Ten takie emocje wywołujący imidż, ten rodzaj stylizacji na gwiazdę popu i kolekcja błyszczyków. Ale przede wszystkim muzyka, te single z lat poprzednich. To już było, mówią niektórzy: gdyby wydano tę płytę cztery lata temu, przecierałaby nowe szlaki – a tak, mamy piosenki, które już raz słyszeliśmy. A przecież zwątpienie może nadejść już przy samym intro – "Ladies and Gentlemen, Welcome to planet Sexor, where imagination rules the nation, the rain washes you clean and where sexy lightening always strikes twice!". Gudszit retro? Zaraz, ten tekst brzmi nawet bardziej jak z lat 90-tych, a nie wczesnych 00-nych; to chyba raczej techno party, maski i gwizdki.

Wczesne lata 90-te pojawiają się już z całą dosłownością w przeboju "You Gonna Want Me" – w słynnym refrenie mamy wsamplowanych Altern8 z kawałka "Infiltrate 202" (1992). W który to kawałek z kolei wsamplowano wtedy taką wokalistkę soul-gospel Candi Staton. W "You Gonna Want Me" udziela się zresztą wokalnie Jake Shears ze Scissor Sisters. Lista coverowanych wykonawców też może dziwić – Nine Inch Nails ("Down In It"), Public Enemy ("Louder Than A Bomb", do wczesnego hip-hopu zdaje się zresztą z kolei nawiązujące), Talking Heads ("Burning Down The House", nawiasem mówiąc jeden z najlepszych kawałków na płycie obok "Far From Home"). A wszystko to w elektrowym, oczywiście, ale przede wszystkim popowym "z ducha" sosie. Pięknie. W jakimś wywiadzie Tiga mówi: "I make the music I enjoy, I try to challenge myself, staying interested and curious. The results are the results. Sometimes it's pop, sometimes it's a club track, who knows?". Czyli niby wszystko ze wszystkim, ale to do siebie pasuje, a wspólnym mianownikiem jest przebojowość, prawdziwie popowa, chociaż w trochę eklektyczny sposób.

Wydaje się, że rzeczywiście Sexor mógłby zostać wydany parę lat temu, a jednak to nie przeszkadza. W tym momencie wystarczy już zapytać, czy najlepsze fragmenty American Gigolo się zestarzały i co zadecydowało o tym, że wcale nie. Tiga wyciąga ze starego, dobrego electroclashu to, co i ze wszystkiego – tę jego stronę, która była w popowy sposób chwytliwa. Dzięki temu wygrywa i nie zostaje epigonem, a jego płyta sprawdza się na poziomie imprezowym przede wszystkim, nawet jeśli nie wie się o tym, że jest też grą z tym, co było wcześniej. Mamy tu jakiś rodzaj minimalizmu – jest głównie mocna, charakterystyczna linia basu i wokal; a eksponowana specjalnie gudszitowość lub balansowanie na jej granicy (w czasie słuchania pojawiają się czasem sprzeczne odczucia – czy to jest złe, czy to jest żart, czy to jest zajebiste, czy żenujące) przechodzi od razu w czystą przebojowość. Tiga wie też, że ironia wolniej się starzeje, a – pojawiająca się na tej płycie – zauważalna warstwa retro-gudszitu może właśnie przywoływać coś ponadczasowego przez to, że czujemy jednocześnie, że coś jest niby źle, a coś jednak dobrze i jak to się do siebie nawzajem ma; Wiedział o tym już te parę lat temu, kiedy robił cover "Sunglasses At Night" (kolejny przykład piosenki, której przeróbka jest bardziej rozpoznawana niż oryginał), wiedziała o tym Miss Kittin zresztą wtedy też na przykład. Stąd się bierze coś takiego jak "song for any season".

Zosia Dąbrowska    
14 kwietnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie