RECENZJE

Thundercat
Drunk

2017, Brainfeeder 7.7

Choć namechecking, rzucanie skojarzeniami, zawsze skażone jest dużą dawką subiektywizmu, to w przypadku najnowszego dzieła Brunera ta recenzencka próba umieszczania albumów w jakimś szerszym kontekście jest z góry skazana na niepowodzenie. Wcale nie chodzi o to, że Drunk jest futurystycznym manifestem, który tak prześciga konkurencję, że ciężko znaleźć cokolwiek podobnego. Przyczyna jest znacznie bardziej prozaiczna – Thundercat to człowiek, który POSIADŁ muzykę, jako muzyk sesyjny potrafi zagrać wszystko z każdym, co sprawia, że w jego kompozycjach jakiekolwiek podziały gatunkowe rozmywają się na naszych oczach, zwyczajnie tracą znaczenie – pozostaje jedynie ocean harmonii. Jazz połyka r'n'b, rapowe wstawki mieszają się z beachboysowymi chórkami albo prog-rockiem i choć w akcie desperacji wszystko chciałoby się skwitować etykietą "fusion", to byłoby to zwyczajne lenistwo. Wirtuozerskie przebiegi podkolorowane chromatyką otwierają głowę na miliard skojarzeń.

Jedyny stały mianownik, jaki pasuje do Thundercata, to "progresywność". Oczywiście na szerszym planie, Drunk MOŻNA wpisać w panoramę "nowego fusion", czyli serię takich wykonawców jak Hiatus Kayiote, Flying Lotus czy Esperanza Spalding, którzy udanie łączą jazzowe komplikacje z elektroniką, popem i r'n'b. Thundercat jest jednak znacznie bardziej eklektyczny, a jego utwory o wiele silniej uwypuklają punkty wspólne pomiędzy jazzem a soft rockiem, hip-hopem a r'n'b, jazzową psychodelią a prog-rockiem. Liczne grono współpracowników na Drunk pozwala w pełni rozwinąć tę metodę. "Show You The Way", w którym udziela się dwóch gigantów yacht-rocka (jakkolwiek głupio brzmi ta etykietka) – Kenny Loggins i Michael McDonald – przypomina, jak wątłe są podziały między blue-eyed soulem, r'n'b a soft rockiem i, że istniał kiedyś taki zespół jak Doobie Brothers. Nieco bardziej zachowawcze "Them Changes" płynie na klasycznej perkusji z Isley Brothers wynosząc funk na inny poziom. Oprócz specyficznej reinterpretacji przeszłości mamy również akcenty bardziej futurystyczne. "Bus In The Street", wymarzona kolaboracja z Louisem Cole'em, pędzi jak jazzowy sunshine pop na przyspieszonej taśmie i wyznacza zupełnie nowe standardy współczesnemu songwritingowi.

Bruner najczęściej jednak umyka strukturom klasycznej piosenki ze zwrotką, refrenem, mostkiem, przesuwając akcenty na prog-rockowe pasaże, z tą intrygującą różnicą, że są one upakowane w ciasne 2-3 minutowe utwory-skity, jakby zaledwie fragmenty większych suit. Na początku ta skitowość nieco drażniła, ale teraz wydaje mi się jak najbardziej uzasadniona. Kawałki takie jak "Uh Uh" (kolaboracja z Flying Lotusem, również współproducentem tego albumu) przemycają wycinki z progowo-fusionowych kolosów w przystępnych 2-minutowych kapsułkach. Dzięki temu, natłok dźwięków, naturalna w przypadku Brunera skłonność do wirtuozerii może bez popadania w przesadę, zaprezentować bardziej dobitnie, przygodność wszelkich gatunków i zachować przy tym prog-popową przystępność. Czy ktoś chciałby posłuchać Chicka Corei z Yes i dostać po głowie natchnionymi wokalizami? "Blackkk" to przecież sama treść. Mijają 2 minuty, a wydaje się, jakby minęło co najmniej 5.

Thundercat nie tylko koloruje swoje utwory progowo-jazzowymi przebiegami. Prezentuje także interesujący blend konstrukcji rodem z eklektyczno-syntetycznych lat 80. ("Jameel's Space Ride", "Tokyo") z elektronicznymi motywami i – eh, znów musi paść to określenie – wykwintnymi harmoniami. Boli mnie głowa, kiedy próbuję to wszystko wpasować w jakieś bliższe tropy. Znów pojawia się zdziwienie – minęły tylko nieco ponad 2 minuty? Nie chce się wierzyć. Czasem wokal Thundercata przypomina Roberta Wyatta, zwłaszcza wtedy, kiedy porzuca próby budowania hooków na rzecz swobodnego śledzenia podkładu i budowania linii wokalnej jak zwykłej sekcji, czyli jako równorzędnego fragmentu całości ("DUI"). Także pojawiająca się czasem, instrumentalna (w sensie ilości instrumentów) skromność w połączeniu z rozbuchaniem harmonicznym wskazuje na odległe, ale jednak pokrewieństwo obu artystów.

Tytuł Drunk może sugerować odcięcie się od rzeczywistości i rzeczywiście – w warstwie lirycznej, wszystko spaja pewien specyficzny rodzaj eskapizmu, który jest świadomy tego jak bardzo absurdalne może być istnienie, nie tylko jako życie w określonej epoce, ale również egzystencja sama w sobie ("I just want to ride my bike/Through all the bullshit with the wind in my face/Miss me with that nonsense"). To eskapizm nieco sowizdrzalski ("A Fan's Mail (Tron Song Suite II)"), ale też często melancholijny w swojej powadze. Uciekając od przemijających, doraźnych spraw, porusza między innymi tematy śmierci ("Lava Lamp"), samotności ("Walk On By"), samej ucieczki od przytłaczającej codzienności ("Drink Dat") i paraliżu przed przyszłością ("Where I'm Going"). Ten dystans jest również odcięciem się od marnych newsów spod znaku "cała prawda całą dobę", bo występuje raczej jako krytyka współczesności z pozycji outsiderskich, czasem wręcz w nieco poetyckiej formie (przewijający się, optymistyczny motyw światła). Progresywność songwritingu Thundercata sprawia, że w połączeniu z tekstami, nad Drunk unosi się nieuchronna otoczka "niedorzeczności życia w roku 2017". Rzeczywiście – jak słusznie zauważył red. Dejnarowicz – może dotychczas zbyt wiele skupiano się na tym, co Bruner sądzi o polityce, kwestiach rasowych itp. Biorąc pod uwagę muzyczne skillsy Thundercata, takie ustawienie proporcji jest rzeczywiście niesprawiedliwe. On sam wydaje się podchodzić do wszystkich tych zagadnień nieco skromniej. Unika wielkich sloganów, poprzestaje na ukazaniu rzeczywistości poprzez jej poszczególne elementy – "Bus In The Streets" to tylko i aż opis uzależnienia od technologii, ale PRZEDE WSZYSTKIM wspaniała kompozycja.

A teraz drobna wada. Nie porywają mnie jakoś szczególnie nawijki Khalify i Kendricka, marzy mi się raczej kolaboracja z Wilburnem, heh. Choć wydaje się, że udział tych dwóch zasłużonych raperów spełnia warunki eklektyzmu, wpisuje się w koncept albumu, to mi zbytnio przypomina zeszłoroczne rap-jazzy Untitled Unmastered, a Khalifa, ze swoim wycofanym flow, nie porywa jakoś specjalnie charyzmą. Poza tym nie widzę zbyt wielu wad, kłaniam się nisko i utwierdzam w przekonaniu, że Bruner to absolutny top współczesnej muzyki, niezawodny znak jakości na miarę Cole'a, Bundicka czy Elbrechta. Widzimy się ponownie w czołówce podsumowania rocznego.

Jakub Bugdol    
7 marca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie