RECENZJE
Thom Yorke

Thom Yorke
Tomorrow's Modern Boxes

2014, self-released 6.6

Pisanie o twórczości Radiohead w 2014 roku nie jest sprawą łatwą. Po pierwsze, wątek ten wałkowany był już do znudzenia – zwłaszcza tutaj. Po drugie, jak powszechnie wiadomo, od prawie dekady zespół nie zbliżył się poziomem do swojego złotego okresu (uznajmy, że przypadł on na lata 1996-2005), jedynie momentami miewając przebłyski dawnego geniuszu, co tym bardziej nie stanowi specjalnego bodźca do ponownego podjęcia tematu. Nie jest to jednak jakaś osobliwa droga, jeżeli spojrzeć na poczynania Brytyjczyków w makroskali. Łatwo wtedy zauważyć, że dotyczy to prawie wszystkich bardziej ambitnych długodystansowców. Stwierdzam to z niekrytym żalem, ale kto dziś pamięta o sympatycznej czwórce z Baltimore (chyba ostatnim przedstawicielu tego typu zespołów, będącym na fali prawie dekadę – co z perspektywy dnia dzisiejszego, kiedy technologia determinuje coraz to krótsze okresy przydatności produktu, wydaje się niemal nieosiągalne)? Swoją drogą wartościowanie muzyki w ujęciu najlepszych zespołów (lol), podejście jeszcze dobrych kilka lat temu nader żywe, dziś jest w ogóle osobną kategorią absurdu. Pozostaje jeszcze kwestia zakończenia działalności u szczytu formy, której sam niegdyś byłem gorącym orędownikiem. Po co wydawać albumy jedynie dobre, gdy wcześniej nagrywało się wybitne? A co, jeśli przez lwią część swojego życia robiłeś tylko to i nie potrafisz nic innego?

Od 2007 roku każde kolejne wydawnictwo sygnowane nazwiskiem któregokolwiek członka ekipy z Oxfordu stanowi dla mnie mniejszy lub większy niedosyt, choć zdaje sobie sprawę, że już na tamtym etapie nie powinienem mieć wygórowanych oczekiwań. Pomimo to lubię In Rainbows za to, że to pierwszy wyluzowany album Radiohead, pierwszy od czasów OK Computer nie silący się na bycie arcydziełem. Wbrew obiegowej opinii uważam, że Thom Yorke już wtedy doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego twórczego kryzysu i po wielu próbach świadomie odpuścił. Za moment graniczny uznaję pierwszy kwartał 2006 roku – okres przeprowadzonej pod batutą Marka Stenta bezowocnej sesji nagraniowej. Spotkałem się nawet z teorią, że Yorke z tego powodu mocno nadużywał alkoholu, co było jedną z przyczyn jego późniejszej wokalnej niedyspozycji. Myślę, że dla tak ambitnego typa pogodzenie się z utratą wpływu na kształt gry mogło okazać się dosyć traumatycznym przeżyciem, lecz przytoczonej teorii trudno nie uznać za mocno naciąganą. Traktuje ją raczej jako jedną z wielu snutych przez fanboyów RH, stawiając w jednym szeregu z tą słynną dotyczącą ukrytego w "Separator" przekazu co do rzekomej drugiej części The King of Limbs

Pamiętajmy, że Yorke oprócz tego, że jest zdolnym muzykiem, to całkiem łebski typ. W jaki sposób w takim razie odwrócić uwagę od słabszego materiału? Wprowadzić rewolucyjny system dystrybucji. Spoglądając z perspektywy lat, możemy ocenić, że system pay-what-you-want poza sukcesem finansowym bardzo dobrze spełnił swoją rolę (przypomnę: gros zachodnich krytyków – na czele z redaktorem Pitchforka Markiem Pytlikiem – oraz fanów do dziś stawia siódmy longplay na szczycie albumowej hierarchii oksfordczyków i jest to obecnie dosyć powszechne zjawisko), już wtedy sugerując, że tylko wielki zespół stać na takie ruchy (choć pamiętajmy, że to kwestia skali przedsięwzięcia odegrała główną rolę, a nie sposób dystrybucji jako taki, bo ten był już dość powszechnie stosowany wśród pomniejszych graczy).

No dobrze, ale po co ja o tym prawię, skoro to recenzja drugiej oficjalnej solówki Yorke'a? – zapytacie. Po prostu era pay-want-you-want trwa w najlepsze, a Tomorrow's Modern Boxes doskonale wpisuje się w jej mechanizmy. Nieoczekiwane premiery wydawnictw z muzyką to już standard, system płatności co łaska także, więc łebski Thom za radą równie łebskich adeptów biznesu tym razem postawił na system sieci BitTorrent, po raz kolejny podejmując próbę wetknięcia kija w mrowisko, a tym samym zachowania pozorów wpływu na kształt gry.

Dosyć umiarkowana recepcja Tomorrow's Modern Boxes zdaje się potwierdzać niezbyt przystępny charakter zawartego tu materiału. W zasadzie obok The King Of Limbs to najmniej przyjazny zestaw utworów sygnowanych przez duet Yorke-Godrich od dawna. Z tym że zawartość ósmego albumu kolesi z Oxfordu jawi się jako bardziej efektowna, korzystając z szerszej palety barw, w przeciwieństwie do monochromatycznego kolorytu Boxes. W przypadku nowej płyty Thoma łatwo ulec iluzji, że to kolejna nudna porcja "yorketroniki" powoli tracącego kontakt z rzeczywistością dziada. Sam wpadłem w tę pułapkę podczas pierwszego kontaktu. Niedostateczna porcja czasu spędzonego z wydawnictwem może skutkować szeregiem łatwo formułowanych zarzutów, m.in. że brak chwytliwych motywów, że to zachowawczy zestaw retro-bitów, które przywodzą na myśl słabsze momenty The Eraser, że głos Yorke'a potraktowany jest jako jeden z elementów instrumentarium snujący jakieś przypadkowe melodie.

Po uważnym odbiorze, popartym wielokrotnymi odsłuchami, mogę stwierdzić, że to najbardziej czerpiący z szeroko rozumianego ambientu zestaw utworów w dotychczasowej karierze Brytyjczyka. Jasne, że było "Treefingers" i Kid A jako całość, wsparta o trzon wyrastający na podobnej glebie, jednak w moim przekonaniu Boxes korzysta z tej spuścizny pełniej. Co jest dla mnie dziwną sprawą, bo stylistyka ta nie była w sposób szczególny eksplorowana przez angielski kwintet (na co liczyłem od dawna, bo wydawała się dla nich dość naturalną drogą), więc nie spodziewałem się jej podjęcia dopiero na tegorocznej solówce Thoma.

Często spotykany zarzut braku zapadających w pamięć melodii mogę odłożyć na bok, słuchając wokaliz osadzonego na nieco blake'owym bicie "The Mother Lode" czy singlowego "A Brain In A Bottle". Niezmiennie bawiącą pretensją jest też ciągle powracające stwierdzenie: „tam się nic nie dzieje". Przypominam, że w muzyce Radiohead nigdy nie chodziło o nagłą zmianę tempa (owszem, zdarzało się), zabawy metrum (też było) czy wywracanie kompozycji do góry nogami, tylko o eksploatowanie motywów najczęściej poprzez repetycję, nakładanie na siebie ich kolejnych warstw i koncentracja na ich wzajemnych korelacjach. Założenia te były silnie realizowane w materiale składającym się na Limbs (gdzie idealnym tego odzwierciedleniem był otwierający "Bloom"), a na Boxes są może jeszcze bardziej widoczne. Jest to skrzętnie przemyślany koncept.

Z całego zbioru indeksów na szczególną uwagę zasługuje "There Is No Ice (For My Drink)", najpełniej realizujący wizję Yorke'a jako producenta ze stajni Warp. Otwierający motyw pokrewny temu z "Atoms For Peace" czy, idąc dalej, "The Gloaming" fajnie współgra z metalicznym pogłosem perkusjonaliów, by po chwili ulec mocnemu bitowi, któremu wtórują ambientowe mgiełki. Świetnie wypadają na tym tle pocięte, zapętlone wokale Yorke'a, w pewnym momencie na chwilę ustępujące jego pojebanym zaśpiewom tylko po to, by z powrotem powrócić do swej pierwotnej roli – rytmicznych zloopowanych fraz. Wrażenie robi także końcówka, która przez pomruki Thoma i rozstrojone dźwięki klawiszy pianina ewokuje jakiś zaginiony track z repertuaru Scissors and Sellotape. "There Is No Ice (For My Drink)" to najbardziej techniczny utwór w zestawie, pełniący tożsamą rolę z tą, za którą na TKOL odpowiedzialny był "Feral".

Przywołany powyżej zasadniczy wpływ, jaki środki zarezerwowane dla ambientowych twórców wywarły na ostateczny kształt recenzowanego albumu z racji szeregu związanych z nimi atrybutów najpełniej rozkwita, jak łatwo się domyślić, w utworach charakteryzujących się wolniejszym tempem. "Pink Section" to zaskakująco udana próba zmierzenia się wokalisty Radiohead z mistyką hauntologii. Natomiast "Nose Grows Some" oraz "Truth Day" odwołują się do bardziej klasycznych ambientowych inspiracji. Pierwszy stanowi ciekawe połączenie specyficznej dla Radiohead nostalgii z tlącym się gdzieś podskórnie duchem Boards Of Canada, drugi z kolei jest bardziej ponurą odpowiedzią na rainbowsowskie "All I Need".

Na koniec warto też nadmienić, że tak jak w przypadku The Eraser, na którym gościnny udział zaliczył Jonny, tak i na Tomorrow's Modern Boxes swoją obecność zaznaczył inny członek Radiohead – tym razem drugi z braci Greenwood, Colin, który jest autorem bitu do "Guess Again!". Ot, taki miły akcent.

Oczywiście nie ma mowy o tym, że jakikolwiek z zebranych tracków posiada jakieś znamiona wybitności, lecz nie wyklucza to faktu, że ten inteligentny zestaw jest na tyle solidny treściowo, bym mógł spokojnie zaliczyć go grona albumów bardzo dobrych, sytuując go pomiędzy ciut lepszym The Eraser a zeszłorocznym, nieco niedocenionym Amok. Gdybym jednak miał pokusić się o wybranie najbardziej interesującego materiału z tego tercetu, postawiłbym właśnie na Tomorrow's Modern Boxes ze względu na poszerzenie dotychczasowego wachlarza dźwiękowych inspiracji, które mogą stanowić pewnego rodzaju wskazówkę co do przyszłej muzycznej drogi Anglików.

Marek Lewandowski    
22 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja