RECENZJE

Thom Yorke
The Eraser

2006, XL 6.8

Tak, wiem, że ta płyta ukazała się już w lipcu. Zdaję sobie również sprawę z tego, że każdy przesłuchał ją już ze sto razy, a ponadto przeczytał dziesiątki recenzji tego albumu. Wbrew jednak temu co mogłoby się wydawać, pażdziernikowa data ukazania się tego tekstu to nie kwestia opieszałości serwisu, ale starannie przemyślany termin. Gdybym specjalizował się w operowaniu bełkotem, mógłbym napisać, iż to wybitnie jesienna płyta, która ujawnia swoją moc tylko wtedy, kiedy za oknem codziennie pada, a z drzew spadają liście bla bla bla i stąd z właściwą oceną tego wydawnictwa wypadało poczekać do końca lata. Choć z drugiej strony czytałem już gdzieś, że to pogodna i optymistyczna płyta, więc może to nie do końca tak z tą jesienią, ech nieważne.

A'propos radości – warto wspomnieć o radosnej twórczości jednego z dziennikarzy (dziennikarek?) pewnego z opiniotwórczych polskich magazynów (nie pamiętam teraz niestety którego z nich dokładnie), który wykazując się niezwykłymi zdolnościami profetycznymi przewidział rychły rozpad Radiohead ze względu na wydanie płyty Yorke'a. Zapomniał jednak przy swojej głębokiej analizie o pewnym drobnym fakcie. Mianowicie w majowym oświadczeniu zapowiadającym Erasera Thom stanowczo poprosił, żeby nie traktować tego krążka w kategoriach jakiejkolwiek zdrady i zapewnił, że ma całkowite poparcie reszty zespołu dla swojej działalności poza macierzystą grupą. Potwierdzeniem tej oczywistości jest choćby udział Jonny'ego w nagrywaniu albumu (choć "udział w nagrywaniu" to być może zbyt wiele powiedziane: sam Jonny w studiu się nie pojawił, wokalista grupy z Oxfordu nagrał na dyktafon jakiś czas temu Greenwooda grającego na pianinie, a następnie uzyskał z tego nagrania sample, które można usłyszeć na samym początku płyty w tytułowym utworze), a i człowiek uważany za nieformalnego członka Radiohead, czyli Nigel Godrich, zrobił swoje i udowodnił przy okazji, że wspólpraca z Thomem służy mu dużo bardziej niż kolaboracje z kimkolwiek innym, czego znakomitym dowodem jest słabiutki poziom nowego wydawnictwa Becka Information.

O tym, że Yorke zamierza wydać coś poza Radiohead spekulowało się już od jakiegoś czasu, jednak artysta prawie do ostatniej chwili trzymał w tajemnicy wiadomość, że krążek jest już gotowy i czeka na wydanie. Chwała mu za to, chcialoby się napisać, bo przynajmniej nie byliśmy świadkami wielokrotnego przekładania terminu wydania albumu (pozdro Isaac), a i nerwowe oczekiwanie na to, jaka to będzie płyta zostało skrócone do minimum. No właśnie: jaka to jest płyta? Czy na miarę dzieł Radiohead? Na pewno nie, co tylko udowadnia jak ważny jest w tym zespole każdy z muzyków i jego wizja tego, w jaką stronę zespół powinien podążać. Mało znam zespołów, w których każdy z członków wydawałby się osobą nie do zastąpienia. Oprócz oczywistości, że czwórka z Liverpoolu na przykład, przychodzi mi w tej chwili do głowy jedynie Dismemberment Plan w klasycznym składzie, czyli już z Easleyem (choć to też oczywistość w zasadzie). Na szczęście to koniec analogii: solowe dzieło Yorke'a na głowę bije taki Travistan i na pewno jest jednym z kandydatów do czołowych miejsc na mojej prywatnej liście najlepszych wydawnictw tego roku, mimo tego, o czym w kolejnych akapitach.

To nie jest bowiem na pewno album idealny. Największym problemem tej płyty jest jej nierówny poziom. Oprócz momentów znakomitych zdarzają się utwory, których miejsce na dobrą sprawę powinno być na b-side'ach singli Radiohead (to wprawdzie brzmi trochę jak poważny zarzut, ale jestem przekonany, że Pierwszy Fan Radiohead w RP na zawołanie wskazałby dziesiątki piosenek ze stron b, które swoim poziomem dorównywałyby kawałkom z regularnych płyt). Niestety te gorsze kawałki następują jeden po drugim powodując w pewnych momentach znużenie słuchacza. Ale może po kolei: zaczyna się to wszystko znakomicie. Szum, wspomniane sample pianina, delikatny bit w okolicach 00:18, a potem głos Yorke'a, wyjątkowo delikatny w tym utworze. Fragment "The more you try to erase me / The more I appear" przypomina mi wyznanie Thoma wyczytane jakiś czas temu w którejś z recenzji Jędrzeja, że przy okazji pracy nad The Bends muzycy Radiohead nie rozstawali się z Morrisseyowskim Vauxhall And I. Trudno bowiem przy okazji słuchania tekstu openera Erasera nie pomyśleć choćby przelotnie o refrenie utworu "The More You Ignore Me The Closer I Get" pochodzącym ze wspomnianego albumu lidera nieodżałowanych The Smiths.

Tytułowy kawałek zapowiada więc poziom conajmniej na miarę 8,5, niestety zaraz po nim następuje seria mniej udanych piosenek, sprawiających wręcz wrażenie, że Yorke się powtarza. Mamy więc przewidywalne "Analyse", a zaraz potem mruczane "The Clock", które co ciekawe brzmi dużo lepiej w wersji akustycznej, którą można obejrzeć oczywiście na Youtube. Na szczęście po tych dwóch nie do końca przekonujących fragmentach pojawia się jeden z kilku momentów, którym Eraser zawdzięcza tę stosunkowo wysoką ocenę. Wykorzystany w napisach końcowych filmu Linklatera A Scanner Darkly utwór "Black Swan" wyróżnia się nie tylko fuckami w refrenie, ale także wyjątkowo piękną (trudno o lepsze słowo, sorry) melodią. Niestety, po tym szczytowaniu dostajemy dwie piosenki, które przynajmniej mnie pozostawiają zupełnie obojętnym. "Skip Divided" jest może o tyle ciekawe, że Yorke wypowiada słowo "Hey" (01:45) w taki sposób, iż przez chwilę zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie gościnny występ Michaela Stipe'a, ale "Atoms For Peace" to nic poza kolejną Thomową nudą zaispirowaną w tym wypadku jak mniemam dokonaniami Aphex Twina.

Z odrętwienia w jakie wpadam przy okazji tracków 5 i 6 wyrywa mnie zawsze zwiastun wielkiej apokaliptycznej powodzi, czyli "And It Rained All Night", który to utwór przywraca płytę na właściwe tory przygotowując grunt pod dwa najlepsze fragmenty Erasera. O zdecydowanie najbardziej zaangażowanej politycznie piosence w karierze Yorke'a, czyli "Harrowdown Hill", i o wydarzeniu, które zainspirowało Thoma do jej stworzenia (komuś kto żył na Marsie i nie wie o co chodzi, polecam wpisanie w Google hasła "Dr David Kelly" ) napisano już chyba wszystko analizując wte i wewte linijkę "Did I fall or was I pushed?", więc nie chciałbym się powtarzać. Kolega zasugerował mi ostatnio, że to jeden z singli roku i choć wzbraniałem się przed takim postawieniem sprawy, to muszę przyznać, że każdy kolejny odsłuch tego kawałka przekonuje, że nie są to jednak zachwyty przesadzone. Z kolei przy utworze numer 9 moje zdolności wyszukiwania mniej wyświechtanego odpowiednika słowa "piękny" spełzają po raz kolejny na niczym, wybaczcie. Gdyby nie to, że So This Is Goodbye zamyka takie cudeńko jak "FM" mógłbym napisać, że nikt nie skończył dotąd w tym roku płyty równie mocnym akcentem, jak Yorke swoim "Cymbal Rush".

Szkoda więc, że cały album nie trzyma poziomu closera. Swoją drogą – może dla niektórych herezją będzie to co napiszę, bo słyszałem już narzekania, że Eraser jest za krótki, ale ja nie miałbym nic przeciwko skróceniu go jeszcze o kilka kawałków. Wymarzony format tego wydawnictwa to dla mnie płytka z czterema, ewentualnie pięcioma najmocniejszymi trackami spośród tych dziewięciu (trackami wybranymi przeze mnie oczywiście – zero wypełniaczy, sama esencja i na pewno ocena powyżej ósemki). Takiej EP-ki nie ma, pozostaje więc przycisk "skip" w discmanie.

Tomasz Waśko    
9 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie