RECENZJE

Thom Yorke
Suspiria (Music For The Luca Guadagnino Film)

2018, XL 7.1

Soundtrack lepszy od filmu, którego w zasadzie nie widziałem, ale biorąc pod uwagę czas antenowy, jaki poświęca się muzycznej stronie remake'u Suspirii, czuję się ze swoją bezczelną ignorancją lekko usprawiedliwiony. Więc możemy zaczynać. Państwo piszą w listach, czy Yorke'owi przypadkiem udało się dorównać wybitnemu dziedzictwu antypatycznego Goblina z końcówki lat 70. Winszuję słusznego pytania i, odpowiadając na nie, zmuszony jestem powiedzieć głośne „nie”. Nie jest to oczywiście spowodowane tym, że z soundtrackiem frontmana Radiohead jest coś mocno nie tak, bo – spojler – jest przerażająco dobry. Nie tak bardzo, jak oryginał, ale w kilku punktach zapalnych zbliża się do niego niebezpiecznie. Chodzi bardziej o odmienność finalnej konwencji, na jaką Yorke się porwał, w większości odcinając się od włoskich korzeni (z małymi wyjątkami). A szkoda, bo kto widział Miasto Umarłych czy Cannibal Holocaust albo natrafił na coverujący jedne z najbardziej kultowych horrorowych motywów Morte Macabre i w wyobraźni łączy sobie ten typ myślenia o soundtracku z muzyczną specyfiką angielskiego twórcy, ten wie, co za oryginalne filmowo-muzyczne cudo mogłoby tutaj powstać.

kp

Kadr z klasycznej wersji Suspirii z 1977 roku

W większości przypadków muzycy współpracujący z włoskimi reżyserami klasy B budowali swoje soundtracki, skupiając się na jamowej improwizacji uporządkowanej ustawicznymi, niezwykle wyraźnymi (wręcz tandetnymi) melodiami, pełniącymi zazwyczaj rolę leitmotivu danej produkcji. Budowa takich struktur dźwiękowych – zazwyczaj przez niski budżet filmowy – nonszalancko ignorowała twarde formalne ramy bycia podległą małomówną służebnicą względem obrazu, dając włoskim muzykom całkowicie wolną rękę, za pomocą której – często wykorzystując kiczowate syntezatory niskiej jakości – musieli w jak najszybszy i tani sposób dograć kilka partii do napisanego w kilka dni na kolanie scenariusza. Pomimo takiej metodologii, z której wynikało naturalne nielepienie się strefy audialnej z wizualną – przez kontrast, w jaki te jaskrawe melodie wchodziły z dziejącą się na ekranie akcją – prostym sposobem tworzył się niezwykle silny emocjonalnie finalny efekt: autonomiczny styl włoskiej klasy B.

I mowa tu nie tylko o niezbyt subtelnym, ale za to kultowym kontraście królującej infantylnej piosenki Riza Ortolaniego, odgrywanej do wtóru zjadanych zwłok we wcześniej ujętym Cannibalu, perfidnie wybierając czas swojego wybrzmiewania wyłącznie w najbardziej radykalnych momentach. Doświadczcie sobie ten cały odrealniony klimat klaustrofobicznego koszmaru z plastikowymi dekoracjami w roli głównej, budowany wyłącznie na fundamencie prymitywnie-patetycznej melodyjki Miasta. Hipnotyzujący kilkuminutowy punkt kulminacyjny, który bez najmniejszego dialogu, z efektami dźwiękowymi zredukowanymi do minimum, zostaje w całości prowadzony teledyskowym sposobem, w którym dramaturgia, napięcie i uwaga widza spoczywają na barkach podniosłej muzyki.

No, ale dajmy już sobie spokój z kreśleniem alternatywnych historii budowania swojego soundtracku, klejąc go z permutacji kilku wyraźnych, mało skomplikowanych motywów, nieustannie krążących sępim ruchem wokół filmowej akcji.

Zamiast tego Yorke decyduje się na grę w całkowicie innej lidze, rezygnując z pstrokatej kinematograficznej spuścizny Italii, w architekturze swojego dzieła idąc w parze z bardziej charakterystycznym amerykańskim podejściem. Decyzja sensowna i zrozumiała. W końcu dominująca szarobura estetyka filmowego trailera jasno pokazuje odwagę twórców, którzy pokusili się na odwrócenie o 180 stopni krzykliwych barw i zmanierowanej stylistyki oryginału na rzecz bardziej stonowanego surowego klimatu. Dlatego posiadanie z tego powodu jakichś większych obiekcji mija się z racjonalnym celem. W zamian otrzymujemy większą ilość może z lekka przewidywalnych dark ambientowych kolaży, przeplatanych klawiszowymi odpryskami wyławianymi z księżycowej sadzawki. Mowa tutaj o ciepło przyjętym singlowym "Suspirium", o "Has Ended", czy też "Unmade", zbyt mocno ociekającymi solowym i zespołowym Yorkiem. Gdzie "Open Again" nawet nie ukrywa swego bycia zagubionym, ale wciąż niezwykle kuszącym odrzutem z Hail To the Thief, zmieszanym z orientalizującym instrumentarium.

Syntezatorowy "Klemperer Walks", niepokojący "Volk" z silnie zaakcentowaną żywą perkusją, na chwilę zmieniają trajektorie lotu, poważniej cofając się te kilka dekad wstecz. Zdezelowane pianino w "Olga Destruction" i jej atrakcyjne harmonie zbliżającego się zakończenia robią wrażenie, a epickość czternastominutowego anielskiego chóru szatanów "A Choir of One" – pomimo swej powtarzalności – wzburza i napawa podnieceniem tak, jak każda minuta zbliżającego się coraz bliżej finału płyty. Wszystko krąży wokół trzech głównych i przenikających się tematów: typowych ambientów z klawiszami, typowych Yorke'owych klawiszowych kawałków i wszechobecnych gotyckich chórów, tym razem z klawiszami lub bez – do wyboru, do koloru. W końcu całość trwa 80 minut, więc z odnalezieniem czegoś dla siebie nie powinno być problemu.

No tak, dwupłytowe 80 minut. W ten sposób przeszliśmy do największego osiągnięcia tego wydawnictwa, czyli stworzenia spójnego stylistycznie molocha, którego przebrnięcie naturalnie kosztowałoby hektolitry upuszczonej krwi i stalowej woli, gdyby nie to, że przez cały czas jego dominacji ani przez sekundę nie czułem palącej potrzeby spojrzenia na zegarek. Czy to imponuje? Jak najbardziej – a jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że większość tej płyty wypełniają krótkie interludia i efekciarskie "zabawy", w skrajnych przypadkach prowokujące swoim poruszaniem się po jarmarcznej kategorii jump scare'u ("Synthesizer Speaks"). Ale nawet w takim przypadku prowadzone jest to z odpowiednim smakiem i szacunkiem do słuchacza, nie wchodząc w najmniejszy konflikt zresztą utworów.

Jeżeli chodzi zaś o wyraźnie oddzielone od siebie płyty. Pierwsza, nieco melancholijna, wydaje się płytą ułożoną od linijki, z przewidywalnym operowaniem napięciem, logicznym rzucaniem momentów niepokoju i racjonalnym kontrowaniem ich błogimi radioheadowskimi balladami. Jednak to właśnie część druga wychodzi zwycięsko z pojedynku o laur jakościowego pierwszeństwa. Część opozycyjna, wypełniona chaotycznym zlepkiem demonicznych utworów, horrorowych wstawek i ustawicznym zaskoczeniem. Brudem i miejscową chóralną wielkością. Dark ambientowym gatunkowym porno, tworzonym przez profesjonalnego wirtuoza. Gdy jedynka jawi się grzeczną, klimatyczną ekspozycją, szkicem konstruowanego właśnie świata, przedstawieniem jego żywych bohaterów, ich charakterów, a także nakreśleniem ram czekającego ich przyszłego konfliktu, dwójka jest tą sytuacją, gdy pół ekranu zostaje zawalone pokrwawionym gnijącym truchłem, a akcja bez opamiętania pędzi do finalnej konfrontacji z ucieleśnionymi w głównym antagoniście uniwersalnymi lękami, które śnieżnobiały protagonista musi z całym przekonaniem przezwyciężyć. Albo zginąć w krwawy sposób. Albo zginąć w głupi i krwawy sposób. Albo zostać na koniec wciągniętym przez tunel czasoprzestrzenny, lądując w alternatywnym średniowieczu, które posłuży reżyserowi w trzeciej części na zrobienie z jednego z najbardziej kultowych horrorów, dziwacznego gore pastiszu francuskiego kina familijnego z serii Goście, Goście z Bruce'em Campbellem w roli głównej.

Ot i cała Suspiria – świetny soundtrack, któremu doskonale udaje się sprawdzić w roli autonomicznego dzieła, w sam raz do samochodu, na słuchawki, pod prysznic i pod skuteczne niepokojenie współlokatorów. Nie będę rozdzierał szat, krzycząc, jak bardzo jest świetny, śmiało stając w opozycji do ogólnoświatowego hajpu. Ale ten chłód może bardziej spowodowany jest moimi przesadnymi oczekiwaniami usłyszenia czegoś wyraźnie znajomego, swoiście rozumianej zmodyfikowanej retromanii, tęskniącej za kinematograficzną starą Italią, co z racji specyfiki współczesnych hollywoodzkich czasów raczej nie miało prawa wyjść na światło dzienne (Kwik! Kwik!). Mamy to, co mamy, czyli nieco ugrzeczniony, doprowadzony niemal do perfekcji horrorowy soundtrack, gdzieniegdzie emaliowany radioheadowskimi utworami. Nieźle panie Tomaszu, zrobiłeś to, ale w to chyba nikt z nas nie wątpił.

No i jeszcze na koniec wróćmy do listów od czytelników. Człowiek stojący za Filmy i płyty, które prawdopodobnie nie zobaczysz po śmierci ostatnio rzucił naturalnie narzucającym się dylematem: Nić Widmo czy Suspiria? Tak więc odpowiadam. Greenwood w sumie miał bardziej chwytliwe lejtmotywy, ale to Yorke wygrywa na polu ich śmiałej permutacji ("The Universe Is Indifferent"). Zwycięstwo macierzystego lidera? Mój głos jednak nie pójdzie na monumentalną i złożoną Suspirię. Greenwood w tym roku towarzyszył mi zdecydowanie zbyt często, aby móc go teraz tak po prostu porzucić.

Michał Kołaczyk    
13 listopada 2018
BIEŻĄCE
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI
ObjektCocoon Crush