RECENZJE

This Is A Process Of A Still Life
This Is A Process Of A Still Life

2005, Firefly Sessions 6.3

Jak wyczytałem przez czyjeś ramię, Moby oświadczył wczoraj w Warszawie, że jest małym ludkiem z kosmosu i że nie żartuje. Pewnie nienajlepiej mu u nas, gdzie z innej planety jest mało kto (raczej wszyscy są przyziemni), a muzyka kojarzona jest przeważnie z nastrojem zadumy i powagi, jeśli oczywiście w ogóle z czymś się ją kojarzy. Między innymi stąd Kowalskim stosunkowo często podoba się taki Mogwai. Ciekaw jestem, czy polubimy wobec tego This Is A Process Of A Still Life? Szanse są, bo band ten wzoruje się na Szkotach intensywnie. Co prawda to ostatnie słowo nie bardzo powinno się znaleźć w recenzji self-titled grupy – albumu statycznego, stonowanego i mało ruchliwego. Czwórka Amerykanów korzysta tylko z pierwszej części Mogwaiowego schematu cicho – głośno – cicho. Nie uatrakcyjnia go jak Explosions In The Sky, którzy sprytnie pozwalają motywom ścierać się z hałaśliwymi teksturami tła. U panów z TIPSL sprawa wygląda mniej skomplikowanie, co szczerze mówiąc w słabszych kompozycyjnie fragmentach daje się we znaki. Dobrze, że nuda zawsze dosyć szybko wywiewana jest tylnimi drzwiami takim czy innym arpeggiem. Może to budzić umiarkowany podziw: przecież decydując się na nagrywanie tylko instrumentalnych utworów kwartet wydatnie utrudnił sobie zadanie. Tym bardziej, że ascetyczna paleta aranży sprawia, że motywy to jedyne, czym zespół może się obronić przed posłuchaniem czegoś innego niż This Is A Process Of A Still Life . Pozytywną stroną takiej, a nie innej drogi realizowania pomysłów grupy może być przyjemny letarg, w który – w odpowiednich warunkach – ten album niewątpliwie wprawia. A nie tylko Moby'emu przydałoby się czasem coś na uspokojenie.

Jędrzej Michalak    
20 czerwca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja