RECENZJE

Thief
Sunchild

2007, Sonar Kollektiv 8.9

Jak to się dzieje, że czasem rzeczy unikalne, nieprzeciętne i ponadczasowe przytrafiają się w momentach, kiedy się ich zupełnie najmniej spodziewamy? Czekają na nas ukryte gdzieś w czasoprzestrzeni, nagle objawiają się, i po prostu są – zachwycają i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Momenty, kiedy wytwory ludzkiego umysłu, wyższej inteligencji, zbliżają się do czegoś, co można nazwać doskonałością – na szczęście nie przydarzają się za często. Kiedy usłyszałem Sunchild po raz pierwszy, nie miałem wątpliwości co do tego, że to jest moja płyta roku, a w szerszej perspektywie jedna z tych płyt, których nie zapomina się nigdy, do których się wraca i za każdym razem głęboko przeżywa.

Ma ona bowiem właściwość dotykania spraw najważniejszych, ostatecznych, docierając bezpośrednio do serca i umysłu. To równocześnie: ponadprzeciętny songwriting, niezwykła zdolność prowadzenia przepięknych melodii, doskonały warsztat aranżacyjny, wyborny gust i smak estetyczny oraz olbrzymie zdolności instrumentalistów. Jak się jednak okazuje, nic się nie bierze z próżni, bo mimo iż Sunchild to debiut, muzyka ta wyszła spod rąk doświadczonych i świadomych twórców. Thief to projekt, który powstał pod skrzydłami niemieckiej wytwórni Sonar Kollektiv – do tej pory specjalizującej się raczej w muzyce elektroniczno-producenckiej. Zespół współtworzą znani z Jazzanovy – Stefan Leisering oraz Axel Reinemer (występującymi również pod szyldem Extended Spirit) oraz wokalista i gitarzysta Sascha Gottschalk.

Pomysł na muzykę jest teoretycznie prosty: to połączenie neofolkowej estetyki brzmieniowej, bardzo klasycznych w formie piosenek, przepięknych koronkowych melodii oraz subtelnych, pełnych ciekawych modulacji i nieoczekiwanych zwrotów harmonicznych aranżacji. Zestawione jest to z elementami czysto produkcyjnymi (wykorzystującymi zaawansowane technologie studyjne) i niezwykle wysublimowaną elektroniką spod znaku nagrań choćby Jazzanovy właśnie. Centralną postacią projektu jest naturalnie Gottschalk – nieprzeciętny wokalista, operujący w zależności od stylistyki bardzo dużą paletą barw i mimo relatywnie niewielkiej skali – o bardzo dużych możliwościach interpretacyjno-wyrazowych.

Muzyka osadzona jest zdecydowanie w tradycji późnych lat sześćdziesiątych – są oczywiście chlubne wpływy The Beatles, jest progrockowy rozmach i monumentalizm (rozbudowane aranżacje orkiestrowe i chóralne), są też nieśmiałe ukłony w stronę elektroniki spod znaku pierwszego Röyksopp. Wszystko podane w mocno psychodelicznym sosie, a do tego niezwykle wyrafinowane pod względem przekazu – od początku wyczuwalne są nu-jazzowe korzenie Leiseringa i Reinemera, przez co struktura staje się jeszcze bardziej nieprzewidywalną i zaskakującą. Aczkolwiek przekaz jest całkowicie czytelny i nie ma częstego dla tego typu produkcji rozwarstwienia – materia jest niesamowicie spójna i jednolita w swojej wielowymiarowości. Co bardzo charakterystyczne – mimo dosyć dużego skomplikowania wyrazowego kompozycji, efekt końcowy jest niesamowicie lekki w odbiorze.

Stanowiąca intro liryczna impresja tytułowa przywołuje ducha ballad EL&P. W promującym krążek "Hold On, Hold On" mamy echa wczesnego Pink Floyd. Na trójdzielnym metrum oparto post-bitelsowskie "If There Was A Love". "I Can't Remember" przywołuje ducha Johna Wettona, zaś synth-popowe "Somewhere" najmocniej podkreśla nowo-brzmieniowe korzenie grupy. W stronę jazzu najbardziej zbliżamy się dzięki niebanalnym progresjom akordowym w "Atlantic" i poszatkowanej, poprzestawianej pulsacji rytmicznej "Clouds". Są też bluesowe "Home", psychodeliczne "Self Portrait" (ewidentne echa "Atom Heart Mother" – szczególnie słyszalne w partii chóru) oraz bazujące na nieomalże trip-hopowym miksie bitu "(Like) Leaves".

Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że nie jest to typowy album w stylu retro: mimo wielu odniesień do klasyki, odczuwalne są one tylko w kategoriach bardzo odległej inspiracji. Sam songwriting jest tutaj na poziomie najlepszych tuzów gatunku takich jak – nie bez przesady – chociażby Burt Bacharach. Nad piosenkami unosi się aura melancholii i wszechogarniającego wewnętrznego spokoju, jaki wydaje się z tej muzyki wydobywać. Całości dopełnia przepiękny czarno-biały artwork płyty i doskonały teledysk do wspomnianego singla "Hold On, Hold On". Bardzo gorąco polecam, pozycja szczególna – do słuchania podczas długich jesiennych wieczorów.


[Od redakcji: Informacja dla czytelników, którzy z reguły nie są rozczarowani naszymi rekomendacjami – ta ubrana w śliczny digipack płyta jest do kupienia w Polsce. Dystrybuuje ją Sony BMG. Darujcie sobie ściąganie jej z sieci – ten jeden raz, choć zwykle robicie to pewnie zawsze. Jest tego warta. Zaufajcie nam. Dziękujemy.]

Michał Szturomski    
22 października 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy