RECENZJE

These New Puritans
Field Of Reeds

2013, Infectious 7.6

W następstwie Field Of Reeds chwieje się horyzont, zacierają granice. Tracę z oka ląd. Obsesja z jaką Wyspiarze od wieków traktowali brzeg morza – miejsce, w którym dynamiczne, wdziera się w to, co na pozór nieruchome, wyznacza także kurs tej płyty. Gdy tekst "Fragment Two" wiąże dziwnie znajome miejsca-wyspy z dwukrotnym: "I swim", wybrzmiewając w trąbce i echu przechodzącym w instrumentalny zmierzch, przypomina to przerwanie umownych linii w Morzu Banville'a, tę ucieczkę wraz z pływem, podsumowaną zapadającym w pamięć wersem: "odeszli bogowie". Próba nadania kształtu fragmentom obrazów, które początkowo wydawały się błahe i niespójne, intuicyjnie łączy ten fenomeniczny album i książkę. W obu przypadkach komentator bezradnie rozkłada ręce, nadużywając terminów związanych z barwą, plamą i cieniem.

Gdyby wpatrzyć się w morze z plaży rodzinnego miasta muzyków, Southend-On-Sea, można by pewnie przy dobrej pogodzie ujrzeć brzegi w Margate, po drugiej stronie estuarium Tamizy. Prawie sto lat wcześniej TS Eliot, w pawilonie na skraju lądu, pisał, że mógłby tam połączyć "nothing with nothing". Może o czymś podobnym myślał Jack Barnett, gdy wyjawiał swoje zainteresowanie kształtem myśli, jej formą, nadrzędną wobec znaczenia. "There is something there" – powtarza zrazu, wskazując na nieprecyzyjnie naświetlone okruchy, po których ślizga się pamięć.

Sporo koturnowych porównań, a jednak mam wrażenie, że charakter tej muzyki trochę je usprawiedliwia. Pretekst do podobnych zestawień Barnett daje zresztą sam. Opowiadając o Southend-On-Sea, nie wspomina neo-shoegaze'owych dokonań The Horrors, lecz przeciąga nić dużo dalej, uznając się za spadkobiercę Williama Turnera, pejzażysty, którego krajobrazy są dużo bardziej żywe niż ludzie, oraz Daniela Defoe, który przecież o bezludnych wyspach napisał już wszystko. "Lonely island, there are no places or people" – wers rozpoczynający "V (Island Song)" mógłby być ukłonem właśnie w ich stronę.

Field Of Reeds już z racji tytułu nosi w sobie znamiona świetnie skrojonego landszaftu. Jest tutaj drgająca plastyczność, a jednocześnie gęsty i zastygły kontur. "The Light In Your Name" czy "Dream" to nieustanna zmiana, budująca quasi-programowe napięcie, by poprzez wykorzystanie dryfującej narracji przewinąć przed oczami teatralne sceny. Z podobnej piany innym razem wyłaniają się melodyczne skały; czasem wymagającej dwóch introdukcji, niezdecydowane, jak fortepian we wspomnianym "V (Island Song)", czasem natomiast wyraźnie stanowiące szkielet utworu, jak w "Organ Eternal".

W interpretacjach nieład. Skojarzenia od neo-klasyki do flagowych okrętów doświadczonego przez życie porcysiaka. Gdzieś mieni się synestezja późnych dokonań Talk Talk, ustalanie języka barw, przyciemnionych po swojemu przez Grahama Suttona z Bark Psychosis, odpowiedzialnego za produkcję płyty. W kilku miejscach maniera wokalna Barnetta ma wiele wspólnego z Thomem Yorkiem, jak w "Organ Eternal" właśnie, gdzie wtóruje mu jastrząb Shiloh (naprawdę). W utworze tytułowym podobną funkcję spałnia basso profondo Adriana Peacocka, a skrzypce, idiofony, dziecięce głosy znikąd przypominają najlepsze momenty Agaetis Byrjun. Zresztą przeczucie skandynawskich inspiracji pojawia się już na początku, wraz z "Way I Do", gdzie islandzki stan prenatalny przerywa trąbką Nikolaus Neuser, a mógłby przecież Arve Henriksen.

Być może to płyta innej pory. Gdy pierwszy raz wrzuciłem ją na słuchawki, poranne powietrze akurat pachniało jesienią. Serio. To coś, czego nie sposób wytłumaczyć, co całkiem zmienia perspektywę dnia. To po prostu tam jest. Jest też coś na tym albumie, co nadaje nieruchomym przedmiotom emocjonalną płynność, permanentna zmiana stanu skupienia. Krople gromadzące się wewnątrz, by roztrzaskać później od środka, detal, który w odpowiednim otoczeniu wprowadza nas w drżenie. Myślałem że muzyka, która zagarnia słuchacza w podobnie apodyktyczny sposób bezpowrotnie odeszła w przeszłość. Tymczasem odsłuch Field Of Reeds jest jak wejście w morze, ciągle tutaj nieodległe, by na fali, zanurzyć się po pierś, po szyję, poczuć ciarki na plecach i popłynąć dalej, nie zważając na to, że woda wypełnia płuca, a na końcu trudno złapać dech.

Wawrzyn Kowalski    
20 sierpnia 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie