RECENZJE

Therapy?
Shameless

2001, Ark 2 3.2

"Gimme gimme gimme – back my brain! / Gimme gimme gimme – back my brain! / Gimme gimme gimme – back my brain! / Gimme gimme gimme – back my brain!". He, czasem mózg przydałby się kilku kolesiom. Ale nie o tym być miało. Therapy? oscylują gdzieś między dysonansowym gitarowym rockiem (dobrze), a punkowymi riffami, które wnoszą do historii muzyki tyle, co beknięcie menela stojącego o poranku przed budką z piwem (źle). Problem w tym, że tego drugiego jest tu o wiele więcej, niż pierwszego. I choćby z tego powodu płytka Shameless Therapy? jest wam niepotrzebna (do niczego).

Nie wiem, ale dla mnie energia w muzyce tkwi w pomysłach, a nie na przykład w tempie piosenki. Może to być sekwencja akordów, patent brzmieniowy, lub inny wynalazek. Jeśli jest porażający, wtedy wystarczy go rozwinąć i energia sama się wyzwala. Gorzej, gdy pomysłów brakuje. Wówczas jesteśmy skazani na obserwację energii generowanej w sposób sztuczny. Większość nędznych (czyli: większość) zespolików hardcore'owych i punkowych bazowała na tym i niejednokrotnie udawało się im zrobić słuchaczy w bambuko. Nie z nami jednak te numery. Therapy? bardzo chcieliby, żeby w Porcys określili ich twórczość mianem energetycznej, dającej kopa, czadowej. Niestety, nie zwykliśmy kłamać w naszych recenzjach. Ponadto, nikt z wytwórni nie zwrócił się do nas z konkretną propozycją kolacji, bankietu, czy nawet drobnego datku na rzecz serwisu (nie mówię, że byśmy ją przyjęli!) w zamian za ciepłe słowo o północno-irlandzkiej formacji, więc nie ma o czym mówić. Jak zwykle: będzie gorzko, ironicznie, śmiesznie.

Shameless jest więc płytką punkową. Szkoda, że wszystko, co panowie zaproponowali, wynaleziono na przełomie lat 70-tych i 80-tych. (Przypomina mi się zawsze: "najlepszy mix przebojów, lat 80-tych, 90-tych i współczesnych", hehe.) Shameless jest w dodatku tylko z pozoru melodyjna, gdyż tak naprawdę jej melodie są męczące. Rzadko (a jednak) muzycy próbują wzbogacić warstwę harmoniczną, jak w "Dance", czy w "Tango Romeo". W innych przypadkach prawie brak jest tu wyjścia poza schemat. Niby tym wyjściem miały być arytmizacje różne. Nie ma ich! Znikły! Ani śladu! Perkusista nawala wciąż jednakowo, gitary za często grają to samo, bas je kopiuje i w efekcie zamiast kontrastów mamy unisono. Sprawni technicznie może i są, ale chyba nie od dziś wiecie, że mało nas to obchodzi. Produkcja: wyjałowiona z idei, myśli przewodniej. "Grajcie, grajcie, a my to nagramy". Znam krążki, które, choć realizowane według podobnej koncepcji, prezentują się o niebo lepiej od Shameless. Czyli nie znajduję wielu jaśniejszych punktów w tym albumiku, choć chciałbym, czemu nie. I nie łapię: jak to coś może kogoś miażdżyć? Siła rocka? Nie rozśmieszajcie mnie. Sięgnijcie po tę najnowszą płytę, tę z końca lutego.

Borys Dejnarowicz    
14 maja 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie