RECENZJE

The Weeknd
My Dear Melancholy (EP)

2018, XO / Republic 4.4

Włożone odświętne makalony i można wybijać na balety. Stop! Szesnaście nieodebranych i dzwonek do drzwi. HAAALOOO RZSZUCIŁA MNIE!!! Czyli dobiegająca z domofonu świadomość przegranej soboty. Uwięziony w pułapce czasu i zmuszony słuchać do poranka o tym, jak zostawiła go kolejna panna, w sumie to już chyba druga w tym roku. Może by tak zniknąć, wyjechać, rozlać benzynę po dywanie ratując duszę? Udać, że mnie nie ma, że nie istnieję i radośnie salwować się, wkraczając w pustkę? Niezwykle kuszące opcje, stojące jednak w poprzek obowiązkom solidarności grupowej, w której towarzyszów wspomóc trzeba w niedoli – bo cóż, poprzednie płyty – w szczególności debiut – darzyłem nawet lekką sympatią. Ale domofon wrzeszczy coraz głośniej: "So call out my name!!!". Ech, a gdyby tak się zabić?

I nie jest to wina gorzkiego smaku liryków podkreślonych połykanymi w ilościach hurtowych antydepresantami, bo nie ma sensu na kontrargument przywoływać atrakcyjność dobywających się spod klatki krzyków Yorke'a o tym, "że zabije cię, jak dorwę" ku grozie budzących się mokotowskich bloków. Wytwórnia Motown pozostawiła za sobą tysiące trafnych i melancholijnych przykładów hołdujących rozmiękczonej wersji rozstań, w których tego typu przerzucane na słuchacza egoistycznie i toksyczne wyznania mają na tyle pociągającą formę, aby bez przymusu wciągać w teoretycznie beztreściową serię nad wyraz sentymentalnych komunałów. A jeśli świerzbi Was archaiczność tych porównań: Frank Ocean na Blonde udowodnił w jaki sposób, w jakich słowach i w jakich okolicznościach przesadnie użalać się nad sobą, tak aby hipnotyzować słuchacza razem z rankingami Billboardu. The Weeknd swoją nową EP-ką nie odnajduje się w żadnej z tych kategorii. Sztuki interesującej nawijki nie opanował. Za to do dość wysokiego poziomu doprowadził umiejętność smętnego i pustego wycia do mikrofonu, zaś kreowanie atmosfery nudy absolutnej opanował do perfekcji (I should have never gone słuchać epki the Weekend).

To nie tak, że nagminnie będę czepiać się tylko wybranej przez Kanadyjczyka tematyki. Nie, bo została nam jeszcze down-tempowa muzyczna podbudowa oraz jego głos – ta barwa, ta charyzma – wspólnie tworzące prawdziwą antywybuchową mieszankę, przez co 21 minut ciągnie się w nieskończoność. Mijają dni, mijają godziny – do czasu, aż wchodzi olewawczy początek "I Was Never There" z udziałem czarodziejskiej różdżki Gesaffelsteina, który odświeża i ożywia całą tę skostniałą zabawę. I dziwi to niemiłosiernie, biorąc pod uwagę, że to otrzeźwienie z marazmu zainicjowane zostaje przez zdezelowane i lekko fałszujące syntezatory – wychodzi pomysłowo i świetnie się to wspólnie zgrywa; a to przełamanie beatu w połowie to jest jeden z nielicznych powodów, dla których z lekkim bólem można polecić, żeby zajrzeć do tej EP-ki. Oczywiście, ten chwalebny moment uniesienia w stronę bardziej dynamicznej struktury musi dość szybko się zawalić, złamać i zamulić bezpłciowym "Vibem" Abela, który ponownie cofa się w stronę upatrzonych na starcie pozycji, jakby zirytowany, że go ten bit francuskiego DJ-a musiał zmusić do wysiłku. Lekki przebłysk geniuszu, który w idealnej rzeczywistości mógł stać się punktem wyjścia dla stworzenia czegoś sensownego, ale świat jest do dupy i mamy to, co mamy – czyli zlepek bitowych paczek generycznego alt r'n'b ściągniętych z Chomika do beztreściowego rozstaniowego jątrzenia. Trzeba było podpalać ten cholerny dywan, damn!

Michał Kołaczyk    
30 kwietnia 2018
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25