RECENZJE

The-Dream
Love King

2010, Radio Killa 5.9

KFB:: Dobra, sprawa jest taka, że jestem poza światem więc dzisiaj wyjątkowo "wznawiam krótko elo". Myślę, że nieprzypadkowo Terius Nash rozmyślił się i postanowił, że Love King jednak nie będzie jego ostatnim albumem - gdyby miał odejść w tym stylu to nie byłoby zbyt fajnie. Jego najnowsza płyta niestety powiela błędy znane z poprzednich dreamów - są wprawdzie mocne, a jakże, highlighty, w pytę hooki także goszczą, ale tu starcza ich tylko na zajebistą pierwszą połowę krążka, bo druga to nudzi mnie niemiłosiernie. Rozkurwia mnie jakiś komizm takiego "let me fuck you baby" z początku "Panties To The Side", sam kawałek swoją drogą - zupełnie niepotrzebny. Ale skoro to Mistrz Miłości, to pewnie i na seksie powinien się znać, tymczasem Love King miast być oczekiwanym ekwiwalentem stosunku marzeń jawi się bardziej jak solidny, ale nieco przydługi pornos, którego nie ma sensu do końca oglądać, bo najciekawsze rzeczy i tak dzieją się na początku.

BD: Dobra, nie ma co owijać w bawełnę, ten album to spore dissapointmento. Terius cierpi na syndrom niemożności nagrania płyty na listę roku. Jako się rzekło, gdyby pozbierać różne pety które zrobił innym bądź wydał sam, to taka płyta by naturalnie powstała. Lecz jego problem to brak wyczucia w selekcji materiału. Miało być opus magnum i gigantyczne zamknięcie solowej kariery. Jest najsłabszy materiałowo Dream LP to date, a kariera mknie dalej. Porównywano "Yamahę" do Prince'a, ale to po prostu MIMIKRA Purple Rain. Kameralny, acz neurotyczny chill "February Love" i oczywiście tytułowy hymn (doh) zapisuję na plus, a pozostałe tracki ni mnie ziębią, ni grzeją. A "Abyss" to plagiat z "Cry Me A River". Parafrazując Jacka Ziobra: jeśli tak się Nash spisuje w domu jak na tej płycie, to Milian ma z niego marny pożytek. Od człowieka, który ma niby trząść tą grą oczekuję dużo więcej.

ŁK:: Ale to nie tak. Love/Hate to świetna, równa materiałowo płyta. Niestety Nashowi z albumu na album coraz gorzej wychodzi utrzymywanie poziomu. I Love King nie jest tour de force, którym miał być. Płyta jest nierówna, najmniej przebojowa w karierze Dreama i jest kolejną jego płytą, którą lubię. Mimo, że Nash zalicza upadki, więcej jest wzlotów, a te najwyższe, no... są całkiem wysokie. Tytułowy track zachwalał już Borys jakiś czas temu, ale śliczna ballada "Turnt Out" jest równie dobra. Wiele z piosenek na Love King jest świetnych (chociaż nie aż tak, jak te dwie wspomnianie). Niestety tracą przez nietrafione pomysły i męczący erotyzm preferowany przez artystę. Kocham go, kiedy jest na fali, jak kiedy w "Yamaha" zaskakuje chyba samego siebie ilością prince'owych patentów, którymi można w ekstazie żonglować. Szkoda, że chwilę później zapuszcza się w jałowe soft ? porno "Panties To The Side".

KB:: Zawsze wolałem The-Dreama jako producenta utworów innych artystów i nic się pod tym względem nie zmienia. Słuchanie Love King, mimo wielu świetnych sztuczek tylko mnie męczy. Nikt tutaj jednak nie wspomniał świetnego wakacyjnego "Florida University", który podoba mi się bardziej niż wciąż chwalona "Yamaha". Za długo, przerost formy i grzebanie ostatniej nadziei na odrodzenie amerykańskiego komercyjnego popu.

Kamil Babacz     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak     Borys Dejnarowicz    
1 lipca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy