RECENZJE

Test Icicles
For Screening Purposes Only

2005, Domino 6.2

Test Icicles na swoim debiucie wyznaczali (właśnie się rozpadli) drogę, którą mogliby pójść Plastic Constellations na Mazatlanie, gdyby łaskawie zechciało im się z tych prężnych hooków nagrać coś klasyczniejszego. Poszerzają Angole bowiem pole inspiracji dla post-punkowych kapelek, wykraczając poza your-everyday-piece-of-pussy czyli niezliczone hołdy dla Les Savy Fav i Fugazi. Jak przystało na wyspiarzy, potrafią zabrzmieć melancholijnie, niemal jak melodyjniejsze Bloc Party, to wszak żadne novum. Pojawia się ono gdy trio zagłębia się w chorobę hardcore'u, grzebiąc gryfy w mazi mniej progresywnego Drive Like Jehu. Na nawiązanie z kolei do Blood Brothers wskazuje już zabawny tytuł; tak jest, fani ekstremalnego darcia się znajdą tu swój zaciszny kącik. Nie zaliczam się do grona wielkich zwolenników zjadania ciężarnych szczurów i dzikości grania, od której moja babcia umarłaby na miejscu (nie ma znaczenia, czy słuchając, czy, heh, grając), ale pierwszych pięć utworów For Screening Purposes Only każe mi o tym zapomnieć. Ay ay Sir! Są to kompozycje z trudnym dzieciństwem, kipiące wielkim SPIERDALAJ ale i songwritingiem prawie z tych największych płyt gatunku. Nic dziwnego, ze o kłoni z Test Icicles masakrowały się same wytwórnie.

Początek krążka to bowiem trochę jak oglądanie Rambo w akcji, oczywiście jeśli się przyjmie postawę kibica, nie żywiąc do bohatera ironicznego stosunku. Rambo, jak wiadomo, nie mylił się; wszystko co robił uskuteczniało cel pożądany przez niego jak i przez polsatowskich widzów. No i właśnie, taki zaopatrzony w dance'owy rytm "Circle. Square. Triangle" grzmi PGMGowskimi riffyami ciułanymi albo przez lata, nuta po nucie, albo przez trzy sekundy, w nagłej ekstazie geniuszu. Na wysokości drugich chórków, które swoją celnością rozprawiłby się z tuzinem narwańców od Bruce'a Lee, już dawno same trupy leżą w salonie, tak urozmaicona to kopanina. Test Icicles osiągnęli pewną własną tożsamość, świeżość nawet, wobec tego trudno nie dać się urzec, tym bardziej gdy sam materiał rządzi.

Niestety wraz z "Catch It", czyli w punkcie gdy jedna trzecia krążka przechodzi w jego drugą trzecią, sprawy przybierają gorszy obrót: kończy się gitarowy wyraj, a zaczyna bezładne epatowanie mordobiciem. Dalsza część płyty to już niestety Rambo wyśmiewany za groteskowość. "Łubu-dubu i nic więcej" jak opisywał kiedyś co piąty film program telewizjny dołączany do "Wyborczej". Nieprzejrzystość kompozycji w obliczu ich zupełnego nienadążania za agresją jawi się jako koszmarny ciężar, urozmaicenia w rodzaju pojawiającego się raz grime'owego bitu od Dizzy'ego Rascala nie są w stanie tego faktu wynagrodzić. Może i znalazłyby się jeszcze ze dwa wymiatacze, ale jestem zbyt zdrowy by je z tej pożogi wyłuskiwać. Za mało mi płacą, rozumiecie. Nieco tylko mniej niż niedoszłej premii szkoda mi roztrwonienia For Screening Purposes Only, bo początek tego albumu będę z wypiekami relacjonował wnukom, tym bardziej jeśli muzyka dalej będzie nam miłościwie rozkwitała niczym gospodarka Białorusi.

Jędrzej Michalak    
14 marca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie