RECENZJE

Tesla Boy
Modern Thrills

2010, Mullet 5.9

RP: Co pomyślałem po kilkukrotnym przesłuchaniu Modern Thrills? Pomyślałem: synth-pop ze wschodnią duszą o ponadprzeciętnej długości. Czyli niewiele. Trwa to ponad 55 minut, a przecież chyba każdy wie, że trzeba być Dam-Funkiem, Flaming Lips czy chłopakami z Sa-Ra żeby nagrywać obecnie długie albumy. Wynudziłem się trochę, mimo, że nawet "fajne", chyba głównie dlatego, że wszystko jest tu tak jak powinno być – zbyt długie, ale zwarte piosenki, czasami poprzetykane jakąś raczej nie sięgającą formatu całego utworu impresyjką. A te zwarte – zwarte na różne electropopowe sposoby. Tesla Boy spełnia założenia. Zdecydowanie "dla amatorów takiego grania", ja już nie wracam.

ŁK: Atak mało subtelnego klawiszowego popu z niedaleka trwa! Po singlach niemieckich Panda People nadchodzi longplay znanych już Rosjan z Tesla Boy. Jeśli nie zauważyliście ich zeszłorocznej EP-ki i popularnego w necie "Spirit Of The Night", oto jak brzmią Tesla Boy – wyobraźcie sobie Cut Copy, gdyby tamci obnażali się w wolnym czasie po parkach, albo zespół new romantic z mentalnością zespołu hair metalowego. Pierwszy refren albumu to "I wanna make love with you all night", które Anton Sevidov śpiewa na tyle obleśnie, żebyście poczuli się brudni. Zapomnijcie o kruchych bitach i misternych plecionkach syntezatorów – każdy dźwięk na Modern Thrills jest wyraźny, gruby i sprężysty. Tesla Boy są łatwym celem dla drwin, ale ich piosenki się bronią. Niektóre momenty śmieszą – natchniona, gotycka "Rebecca", "Dark Street", które udaje na początku, że jest "China Girl", reznorowaty refren "Synthetic Prince" (ten kawałek niestety nie brzmi jak syntetyczny Prince) – ale niezręczność zespołu nigdy nie jest żenująca. Nie ma tu "Spirit Of The Night", ale z Tesla Boy (EP) powraca równie dobre "Electric Lady". Niektóre piosenki, jak "Liberating Soul" przypominają o remiksującym to trio w zeszłym roku Baxterze, ciągnąc się w długie kontemplacje klawiszowego tematu. Duża część materiału sięga po epickość zamiast chwytliwości i efekty są intrygujące. Mimo, że płyta jest za długa, słucha się jej bardzo dobrze, a do tego chłopaki mają większe ambicje niż to się mogło do niedawna wydawać.

KFB: Tak, ciężko się nie uśmiechać słuchając Modern Thrills – lekko kanciasty akcent wokalisty i ogólnie "natchniona" maniera (opener!) sprawiają, że chwilami robi się wesoło. Nie zmienia to faktu, że to właściwie jedyny aspekt albumu, do którego mam jakiekolwiek zastrzeżenia, bo strona muzyczna broni się w sposób nie pozostawiający zbyt wielkich wątpliwości. Moskiewscy synthpopowcy nawiązują w całkiem udany sposób do elektropopu lat 80-tych ("Dark Street" trochę jedzie depeszami), ale udaje im kamuflować te inspiracje "wschodnim" podejściem do tematu. Ciężko mi wyróżnić z tego albumu jakieś konkretne kawałki, bo to niezwykle równa płyta, której trochę brakuje hooków w kluczowych momentach. Może w jakichś remixach niektóre piosenki z tego albumu dobiłyby do poziomu listowego, ale przy tych wersjach z Modern Thrills zbytnio się nudzę żeby mocno doznawać, chociaż jako muzyka tła do mundialu pełnego niespodzianek sprawdza się ten album całkiem nieźle.

FK: Modern Thrills to taka przydługa demówka, coś jak pierwszy samodzielny koncert, okazja do zabawy przede wszystkim dla członków zespołu, mniej dla odbiorców. Jeśli za dwa lata wydadzą trzydziestominutowy skrót najlepszych fragmentów tego albumu uaktualniony o jakąś nową modę – wtedy znajdzie się więcej zrozumienia dla wspomnianego akcentu, a nawet doły list przebojów czy sześć i pół na Porcys 3.0. Bo teraz? Teraz nie ma żadnego materiału na wyjebisty singel z jednej strony, z drugiej strony ani razu nie skojarzył mi się żaden "Nowyj nowyj nowyj nowyj god".

Radek Pulkowski     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak     Filip Kekusz    
18 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie