RECENZJE

Ten Typ Mes
Kandydaci Na Szaleńców

2011, Alkopoligamia.com 7.2

W żenującej recenzji Zamachu Na Przeciętność trochę opłotkami próbowałem się tłumaczyć z tego, co oprócz wątpliwych eksperymentów, rozwlekłości i przerywnikowego banału najbardziej mnie irytowało w tej sympatycznej płytce. Otóż kontynuowała ona projekt obsługi zmierzchającego resentymentu polskich raperów wobec kategorii "sprzedania się" czy marności kultury masowej, przeciwstawiając im koślawo definiowany "artyzm" i tym samym stawiając diagnozy kłaniające się w pas młodopolskiemu etosizmowi. Jest to prawdopodobnie jedno z najgłupszych zjawisk w polskim rapie (czy też kulturze w ogóle) od zarania dziejów i nawet solidna podbudowa materiałowa nie sprawi, że odpowiedź na pytanie "chcesz być Kombi, czy Republiką naszych czasów" będzie tak oczywista, jak chciałby Piotr Szmidt. Czysto indywidualnie znudził mnie też wtedy Mes-superbohater. To nie jest typ kreacji, który jest mi bliski, jak skacowany, zmęczony i zrozpaczony Pezet z Muzyki Poważnej, to po prostu wyrafinowana poza będąca daleko poza zasięgiem moich, niezmityzowanych doświadczeń, choć braku szczerości owej pozie zarzucić nie można. Całościowo uwypukliło się we mnie poczucie komiksowości, uwydatniane zresztą przez przerysowaną, dosłowną okładkę.

Mes ma jeszcze jeden problem, mianowicie jak każdemu superbohaterowi ciężko przychodzi mu przyjmowanie krytyki z zewnątrz, tym bardziej, że jak każdy superbohater, mimo, że od zawsze wojuje z "krytyką", może czuć się w rapowym establishmencie jak pączek w maśle, bo jeśli spadają na niego jakieś głosy krytyczne, to zazwyczaj od anonimowych forumowiczów zazdrosnych o udany podryw i swobodę w braku stałego etatu, a nie ze strony nazwisk czy tytułów. Z drugiej strony ciężko pogodzić się z faktem, że raper o takiej technice i o takim słuchu jest raczej...mało osłuchany (gdy jego "małooczytanie" nie jest cechą dla rapera dyskwalifikującą). Peja wzbudza szacunek największych hejterów swoją gruntowną znajomością klasycznego rapu, i gdybyśmy na tym poprzestali, Mes nie odbiegałby zbytnio od średniej krajowej. Ale chodzi o coś innego – o poszerzenie pola walki. O to, że jak w trzecim tracku z nowego albumu, Mes ma misję uświadamiania słuchaczy, co może byłoby zdrowe, gdyby faktycznie udawało mu się świeżo – nawet z ryzykiem klęski, ale bez zbędnego, wściekłego ataku na zdrowy rozsądek – wybrnąć z tych prób. Niestety, "OiOM", wypowiedzi takie, jak ta czy obłąkańcze zajawianie się Dark Side Of The Moon zauważalne dopiero na kilka miesięcy przed trzydziestką trochę męczą odbiorców na co dzień nie słuchających wyłącznie rapu.

Tak też zapowiedzi o bitach dubstepowych wzbudzały niepokój, i okazuje się, że niebezpodstawnie. Pod indeksami 3 i 10 kryją się bowiem najbardziej czerstwe fragmenty drum'n'bassu, jakie po 2000 roku jestem w stanie sobie wyobrazić. Bardzo przepraszam, "Artysto Drogi", ale ktoś Ci wcisnął przeterminowany szajs, którego nawet najbardziej niewyczuleni na zapyziałe elektroniczne drewno twórcy w kraju, jak choćby Fokus, brudną piętą by nie tknęli. Królem suchara okazuje się bliżej nieznany Adam Peter – nie wiem kto zacz i raczej boję się wiedzieć (swojak czy Brytol? Dziad czy debiutant? – nieważne, i tak niech przejdzie na emeryturę), który jednak ma na tyle dużo poczucia humoru, by "Zanim Znajdziemy" wycyzelować z akordów z "Pyramid Song". Śmieszne, co? Oczywiście, to że Mes nawija pod te koczkodańskie łamańce na wybitnym poziomie świadczy o tym, że mógłby nawinąć pod wszystko, a że na płycie znajduje się kilka produkcji wybitnych, o czym za chwilę, tylko żałować można, że po słusznych, dowcipnych i celnych punchach wymierzonych w L.U.C-a i krytykujących jego pseudowszystko Mes bierze się za bary z tą jakże silną tradycją bitów strawnych jedynie dla głuchoniemych.

"Myślę chujem" – śpiewa Mes w refrenie trzeciego koszmaru w zestawie, nagranego z Lunatics "Zegar Tyka", i choć płyta na niedobór szczerości nie narzeka, to przez chwilę wierzymy mu jak nigdy. Ale ponieważ utwór pojawia się już po "Zamknięciu", nie zaburza toku narracji i mogę sobie uznać sprawę za niebyłą. Dziwne, choć nie jednoznacznie złe rzeczy dzieją się w "Drugiej Stronie" z gościnnym udziałem Pjusa. A reszta? Reszta to chyba najbardziej zwarta i treściwa płyta warszawiaka od zawsze. Czasami pokorna jak (paradoksalnie!) Flexxip ("Zamknięcie", "Zalew"), czasem siłująca się absurdalnie jak Zamach ("Mierzymy Się Wzrokiem", mimo wszystko "Szukam"), gdzie indziej bezczelna, storytellingowa jak Zapiski ("L.O.V.E", "Żywioły"). Na poprzedniku to sam Mes odpowiedzialny był za lwią część oprawy muzycznej – teraz przejmują ją raczej inni zawodnicy, i każdy prezentuje się jak najlepiej. Bob Air stroszy pióra w opisanym przez Łukasza "Otwarciu" – jednym z najlepszych bitów, jakie powstały w tym kraju. Szaleje SoDrumatic – do tej pory raczej nie pamiętany z wielkich produkcji, tu w pełni wykorzystuje szansę, od sunącego na akordach z "Sensual Seduction" "Zalewu", przez soulujący "L.O.V.E", chillujący "Nic Wbrew Sobie", po absolutnie wzruszający i, kontynuując myśl Konia, nawiązujący do closera Blueprint bit do "Zamknięcia". Stary współpracownik Mesa, Donatan, dorzuca bit ze ściętymi dętymi (Święty – to czas zamknięty) w stylu "What's The Difference?". Ucieka przed stagnacją Kixnare, dorzucając dwa miniarcydzieła w swojej staroszkolnej, nowojorskiej lidze, które błyszczą w trackliście mocniej niż cała zeszłoroczna płyta Dużego Pe. Listę producentów uzupełniają nie odstający od świetnej całości Mindfeederz, Stona oraz sam Mes.

Lecz Mes nie po to tu jest – Mes przyszedł, by pokazać co się dzieje, gdy flow rozsadza ramy. Gdzie uciekać, gdzie kryć się? Perfekcja techniczna, jak np. w "Mierzymy Się Wzrokiem", ustępuje czasami miejsca fragmentom luźniejszym, bardziej eksperymentalnym i raczej swobodnie skaczącym po werblu, jak w "Żywiołach". Rozśpiewał się Typ do granic, i chyba nawet nikogo przesadnie to nie zaboli, bo refreny są wyraziste i niewymuszone ("L.O.V.E", "Mierzymy Się Wzrokiem" czy "Zamknięcie"). Lirycznie między konsekwentnymi zamachaniami się na przeciętność i przechwałkami znajdzie się sporo retrospekcji, chwalonych przeze mnie już w "Smaku Życia" czy "Dwadzieścia Pięć". A przecież istniało ryzyko spadnięcia albo w stronę dissowania komedii romantycznych przez 20 utworów, albo w stronę "mam 50 lat!" (bo przecież kto, jak nie takie dziady, grają "recitale"?). Została jednak głównie esencja – wszyscy kumple, którzy nocą niekoniecznie siedzą w domach, średnio służące narkotyki, poprzekreślane, urywane związki, stracone szanse, błędne wybory i nie tak już bezbolesna zajawka jak przed 10 laty. Został dystans – dużo, dużo więcej dystansu niż kiedykolwiek ("niczego tak nie kocham jak poużalać się nad sobą"). Spajające wszystko "Otwarcie" i "Zamknięcie" to poruszające klamry, z tytułami w sumie nie do końca stałymi – rozliczenia w "Otwarciu" i nowy początek w "Zamknięciu" sprawiają, że przez chwilę poczułem się jakbym gadał z najmądrzejszym z kumpli, a z byle kim się nie zadaje. "Wkurwia mnie to miasto, niech się udławi sushi", "Umarzam Twoje długi i wracam spać", "Przepraszamy, dziś już zamknięte, zapraszamy jakoś w innym życiu/ Mam tu dla Ciebie mało zabawną puentę, ale pogódź się z tym, bo nie wiem na co liczysz". Całkiem trafnie, koleś. Całkiem dławiąco.

Oczywiście afera międzynarodowa to rozbicie płyty na 2CD, w którym to zestawie album drugi ma spełniać rolę "bonusowego". Ale już otwarcie (nomen omen) drugiego kompaktu prezentujące znów combo Mes-Bob Air przekonuje, że to żadne odrzuty czy dodatki, ale banda gości, którzy zamierzają oklepać mordy kawałkom z regularnego dysku. Wściekłe bragga w "Studio, Scena, Łóżko", nostalgia "Głodu Zwycięstwa", kokainowy (=Clipse'owy?) mrok "Białej Laski W Kusej Sukni Z Folii" z bardzo dobrym gościnnym udziałem PiHa – wszystko to i więcej składa się na zróżnicowany, konkretny dysk, który mógłby równie dobrze funkcjonować jako prawie "listowa" EP-ka. Absurd i nonsens, ale i świetny pretekst do olewania dużych salonów płytowych. Tak kąsamy establishment?

"I co? I pożar" – jak nawijał inny świetny pozer w tej grze. Też mam dla Ciebie niepokojącą puentę: to nie jest album żadnego "kandydata". To wielki, pulsujący billboard domu wariatów z prezesem i głównym pacjentem na równych prawach, pełna sprzeczności, przeładowana do granic bomboniera z fantami w stylu galaretek z nadzieniem o smaku skórki pomarańczowej w majonezie, ukazująca kolesia-instytucję i kolesia-wiecznego dzieciaka, gościa o absolutnym wyczuciu w prowadzeniu rapowej narracji i gościa chwiejnego w każdej podjętej decyzji. Płyta rozpaczliwa i prosto w twarz, retrospektywna i przechwalająca się, do radia i zupełnie nie do niego. Coś absolutnie innego niż skończone, bezbłędne arcydzieło. Ale coś nie mniej wciągającego, prezentującego spektrum skrajnych uczuć, coś, na co nikt z polskich raperów póki co nie był w stanie się odważyć.

Łukasz Łachecki    
15 kwietnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie