RECENZJE

Ten Typ Mes
Ała.

2016, Alkopoligamia.com 4.3

Od jakiegoś czasu źli ludzie nieustannie próbują nam wmówić, że polska muzyka przeżywa złote czasy, że gdzieś w centrum nastąpiła redystrybucja sił na scenie i dziś możemy już tylko z podziwem obserwować, jak z naszej – wydawałoby się – permanentnie obrośniętej kartoflami ziemi wyrastają kolejne fascynujące zjawiska, kolejne wyjątkowe osobowości. Nie dajcie się wrobić. Niestety w naszym stosunkowo wąskim środowisku ugruntowana pozycja albo – co gorsza – reprezentowanie medium o ugruntowanej pozycji, wciąż skutecznie zniechęca do wydawania niepopularnych opinii. Coraz częściej zdarzają się też sytuacje, w których za generowanie klikalnego kontentu tekturowych portali muzycznych odpowiedzialne są te same osoby, których ważnym elementem codziennej pracy jest mniej lub bardziej bezpośredni kontakt z artystą – organizatorzy festiwali, kuratorzy wydarzeń kulturalnych. Możecie z zażenowaniem stukać palcem w głowę, ale popatrzcie na to z drugiej strony: ja nadal chcę wierzyć, że doszczętnie skurwiały gust to domena jedynie najbardziej nieosłuchanych odbiorców, a dziennikarskie opinie o fajności Bisza są co najwyżej efektem zerkającej zza ramienia cenzury.

Dziś na Porcys obchodzimy swoisty pogrzeb krajowego hip-hopu, środowiska, w obrębie którego toporne dziennikarstwo od dawna jest najokazalszym wrzodem na dupsku i tak sobie myślę, że Mes w tym smutnym dniu zajmuje miejsce szczególne. To właśnie Ała. stało się tematem największej ilości jałowych artykułów i clickbaitowych pseudo-wyliczanek, w tym jednej autorstwa samego zainteresowanego (choć tutaj akurat oddajmy sprawiedliwość: to jednak ASZdziennik, a w dodatku punkt 7 wyjątkowo fajny); to również Mes zanotował w ostatnich latach spektakularny upadek, przepoczwarzając się z topowego rapera kraju w internetowego celebrytę, link sponsorowany na Twoim wallu, a w praktyce – dostarczyciela soczystego lolcontentu. Mowa oczywiście o pretensjonalnym pajacowaniu przed wyborami prezydenckimi, niedopasowaniu ryby do akwarium i ogólnym przeświadczeniu artysty o byciu artystą, spuentowanym nietypowym dodatkiem do preorderu. Kto słuchał Ała. na pewno zwrócił uwagę na żenujące monologi, banalne wynurzenia na poziomie Jasia, lat 15, tak jakby Mes obudził się w dzień nagrywania z kijem w dupie i akurat zapomniał go wyciągnąć.

To wszystko byłoby bez znaczenia, gdyby Szmidt nadal, konsekwentnie, zamykał gęby swoimi kawałkami, tymczasem po zajebistych Kandydatach Typ notuje ciągły spadek formy w wyczuwaniu dobrego smaku. Mes przestał pisać tylko teksty do bitu, ale – być może zainspirowany współpracą z Andrzejem Dąbrowskim, pozdrawiamy Pana Andrzeja – postawił na wszechstronność, z tym że w jego przypadku konsekwencją spóźnionego o jakieś sryliard lat "otwierania się na nowe brzmienia" było promowanie takich syfów jak "Loveyourlife" czy zepsucie fajnego kawałka Xxanaxxu, gdzie chciał polecieć jak Anakin, a ostatecznie nawinął o tym, że ćpie spacery, wtf. I teraz dochodzimy do Ała., płyty rzeczywiście eklektycznej, i której akcja promocyjna na tym eklektyzmie wściekle się opiera. Mamy do czynienia z kuriozalnym przebiegunowaniem: Szmidt z poszerzania horyzontów zrobił sobie sztandar i jest to prawdopodobna linia obrony w stosunku do każdej, potencjalnej krytyki, a większość dotychczasowych recenzji sprowadza się do inności, zróżnicowania i podkreślania, że Ała. docenią słuchacze spoza rapgry. Mes zaryzykował więc utratę ortodoksyjnie hiphopowego targetu, ale jednocześnie zyskał dla siebie frakcję niezorientowanych podsiadlistów, kortezistów czy jak tam sobie to chcecie nazwać.

Tymczasem rzeczywistość jest trochę brutalniejsza: nikt nie każe Mesowi do końca życia robić G-Funk, ale jak się robi chujową muzykę, to nieważne czy jest to rap, trap czy revival bułgarskiego Hi-NRG – jest chujowa, a lansiarskie namecheckowanie (przypomina się casus Pink Floyd z "Zalewu") Mayfielda, KDota i McCartneya w "Ride" – notabene jednym z niewielu nieurągających legendzie Mesa utworów na Ała. – jedynie wzmaga śmieszność deklaracji. Inna sprawa, że nie licząc kilku kompletnie niestrawnych muzycznie kobył w typie asłuchalnego "W sumie nie różnią się?", czy – z zupełnie innej strony – wyrwanego z Męskiego Grania "Jeden Mail", za skundlenie tego materiału w ogromnej mierze odpowiedzialny jest sam gospodarz. Gdy na Trzeba Było… raper postanowił zostać komentatorem rzeczywistości, wybrał sobie nieświeży temat dresiarstwa i okolic, co ostatecznie skończyło się stosunkowo bezboleśnie; na Ała. rozrzut tematyczny jest większy, ale też wnikliwość obserwacji Szmidta zahacza chwilami o poziom półprzytomnych, porannych przemyśleń przy smarowania razowca. W "Psa Byś Przytulił" dowiadujemy się, że Mes lubi smalec, a Chris Brown to degenerat; "Przewóz Osób" – kompromitująca szydera na ziom-braggę – objawia nam prawdę o iluzorycznych autorytetach. Najgorsze są jednak momenty, gdy ze strzępków luzu i dystansu pozostaje okrągłe zero, pałeczkę przejmuje bucerski, mentorski ton i intelektualna masturbacja. "Book Please"? Brawo zuchu, jesteś kimś, droga do finałowego odcinku serii Wyjątkowi marki DeLonghi stoi otworem.

Każdego kolejnego numeru słucha się z lekkim niepokojem, co jeszcze złego może się wydarzyć. Wolałbym, żeby te kawałki były po prostu nudne, nieszkodliwie przeciętne, jak na Trzeba Było…, ale nie. Refren "Unisex" (a w szczególności jego wariant z końcówki utworu) to czołówka najbardziej wkurzających refrenów dekady; całkiem niezły "Świeżak" ostatecznie spływa ze ściekiem spuentowanej cytatem z Dawida Podsiadły, beztreściowej zwrotki Rau – Słowny Ambient się tu wkrada. Zabrakło jakiegoś fundamentalnego filtra estetycznego, przez co na spontanie można kleić topkę najgorszych momentów (na pierwszym miejscu bezapelacyjnie nieogarnialna wrzutka z "Imagine" w "W Sumie Nie Różnią Się?", co tu się wydarzyło). Z sympatii do Mesa daruję sobie też przytaczanie cytatów, sygnalizując jedynie, że bywa obrzydliwie, czego nawet najjaśniejsze przebłyski świetności nie są w stanie zakamuflować. Zresztą w przypadku rapera takiego formatu w ogóle nie powinno być gadki o jakichś przebłyskach, o czym my rozmawiamy.

Ała. od kompletnej katastrofy ratują świetne bity Wrotasa (na szczęście jest ktoś, kto po znakomitej "Możliwości" nie zawiódł) i całkiem trzeźwe Fonaia, przyzwoicie wypadają też kawałki od Mateusza Gudela ("Czy Ty To Ty?"; btw, pomysł zaproszenia do studia Marii Peszek tłumaczę sobie chęcią niebycia najsłabszym ogniwem na swojej własnej płycie) i – o dziwo – Mateusza Holaka (wspomniany "Świeżak"). Trzeba też wspomnieć, że technicznie Mes nadal nie ma sobie równych: wydaje mi się, że ten człowiek stanowi w rapświecie odpowiedniki Grażyny Łobaszewskiej i jest w stanie perfekcyjnie zarapować na każdym bicie; kwestią osobną jest oczywiście, w jaki sposób swoje pokaźne możliwości wykorzystuje. I nie wiem, co jeszcze miałbym dodać – że jak Julek Cezar pokazuję kciuk w dół? Zupełnie nie tędy droga, Mes. Przez Ała. zwyczajnie, po ludzku mi smutno.

Wojciech Chełmecki    
2 grudnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja