RECENZJE

Television Personalities
My Dark Places

2006, Domino 5.4

Pod koniec lat 70-tych TV Personalities zasłynęli jednymi z pierwszych w historii singlami wydanymi w niezależnej wytwórni, legendarnymi "Part Time Punks" i "14th Floor". Stali się, obok Undertones, ulubionymi artystami Johna Peela. Zainspirowali do działania Alana McGee. Ich długogrający debiut, wydany po serii partyzanckich singli ...And Don't The Kids Just Love It (1980) jest kwintesencją niskobudżetowego gitarowego popu: albumem, który potem zainspirował choćby The Jesus And Mary Chain, Pavement, Pastels (i innych ze słynnej kompilacji C-86). Nie było przełożenia estymy, którą cieszyli się w tym środowisku, na sukces finansowy i kolejne wydawnictwa Television Personalities pogarszały sytuację prowadzonej przez zespół wytwórni Whaam! (mieli proces o nazwę z Georgem Michaelem). W poprzedniej dekadzie Dan Treacy, niepodzielny lider kapeli, wymieniający co jakiś czas basistów czy perkusistów, staczał się na dno heroinowego nałogu, siedział w więzieniu, przez pewien czas nie było nawet wiadomo, czy żyje. Niespodziewanie dał znać o sobie latem 2004 roku na jednym z forów internetowych (odbywał wtedy odsiadkę... na łodzi).

W porównaniu do klasycznych pozycji Television Personalities, wydane po 8 latach milczenia My Dark Places być może nie powala. Ale cieszę się, że ten zespół w ogóle jeszcze istnieje. To, co przeszkadza na nowym Television Personalities to brak kondensacji – nie do końca udało się okiełznać Treacy'emu chaosu, który sobie prawdopodobnie obmyślił. Zamiast grać to, co wychodzi mu najlepiej, próbował odlecieć. Ale daleko nie uleciał. To już nie ten sam zespół, który na ...And Don't the Kids Just Love It produkował genialnie lekkie, olśniewające, 3-minutowe power-popowe piosenki. Takie "Ex-Girlfriend Club" odznacza się zerowym napięciem – chaotyczny puls bębnów, do tego posępna harmonijka, jakieś przypadkowe akordy pianina, ale całość po prostu jest przeciętna. Nie za bardzo przekonują jakieś kawałki z mechanicznym bitem ("You Kept Me Waiting Too Long"), a odwołujące się do surowego gitarowego popu "She Can Stop Traffic" czy "Dream The Sweetest Dreams" są po prostu ładne albo wręcz słodziutkie (i nic więcej). Większość dorobku Treacy'ego to wciąż piosenki miłosne – jakby był najbardziej pilnym uczniem The Buzzcocks i Billy'ego Bragga. Szczególnie ten drugi przychodzi mi na myśl, gdy słucham takich piosenek jak "Ex-Girlfriend Club", "No More I Hate Yous" albo "Tell Me About It". No i jeszcze jest brit-beatlesowskie, balladowo-pianinowe "There's No Beautiful Way", zagrane z równie małą pasją, co większość kawałków na tej zbyt wyluzowanej płycie (właśnie skończyło się My Dark Places i włączyli się Sparks).

Ciągle mocną stroną TVP jest bezpretensjonalność i poczucie humoru. Zabawna jest na przykład żonglerka cytatami na "Velvet Underground" – małym hołdzie dla Nowojorczyków, którego bohater ma typowe rozterki: "How did Velvet Underground get that sound?". Każda zwrotka to inny motyw charakterystyczny VU, a gdzieś w tle wydziera się Johnny Rotten z "Anarchy In The UK". Niektórzy uważają TVP za pierwowzór dla karier straceńczych kapel brytyjskiego mainstreamu w rodzaju Babyshambles (że narkotyki). Ale jeśli już coś, to mi się oni kojarzą raczej z początkiem tradycji "recenzenckiego rocka", który do skraju doprowadzili Art Brut. W końcu to oni mieli odwagę w tytule płyty stwierdzić, że "mogli być więksi niż The Beatles", a inny jest kwintensencją snobizmu: "I Was A Mod Before You Was A Mod". Skąd my to wszyscy znamy?

Piotr Kowalczyk    
30 marca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie