RECENZJE

Teielte
Homeworkz

2010, U Know Me 6.7

Ostatnimi czasy w Warszawie nie działo się najlepiej. Stalowe giganty rosły niepomne losów starotestamentowej wieży, podczas gdy tzw. lud Boży zatracał się w rozpuście, oddając hołd złotemu cielcowi, a już na pewno Złotym Tarasom. Internetowi prorocy, fundacje, świadectwo ojca Mateusza - nic nie skutkowało. Naród ogląda Magdę Mołek i nie widzi, że wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastują rychły koniec i wieczyste potępienie. Będąc świadomym tych wszystkich zionących siarką przesłanek, redaktor Błaszczak nie zdziwił się wcale, gdy pewnego pochmurnego poranka, w drodze do Side One'a, dobiegł go uroczysty bas:
- Dokąd zmierzasz, redaktorze?
- Eee… do Kościoła, o Panie!
- We wtorek?! No bez wygłupów!
- No tak, rzeczywiście… bo ja, ten, do sklepu… po płytę, właśnie, po płytę idę.
- Po jaką płytę?
- Uhm… 2TM2,3…
- Janie! Z tymi to już się policzę, a Ty mi tu nie kręć, tylko mów, jak na spowiedzi!
- No, Teielte.
- O, Teielte – to się nawet dobrze składa, niezła płytka. W zasadzie, to o czymś mi przypomina…
- Czyżby o Flying Lotus?
- Och nie, dajmy spokój tym Jankesom, przypomina mi się umowa, sprzed lat, z tym całym, no… Lotem, bo… no właśnie, ja wciąż nie powiedziałem: chcę zburzyć Warszawę!
- Słucham?!
- Tak, tak, i nie gadaj mi tu o zaborach i powstańcach, to już przeszłość. Teraz macie, tego Zagrobelnego i Marysię Peszek. Jak to powiedział Boniek: "dość pan!" Burzę.
- No niby racja… ale żeby od razu całą Warszawę?
- Calutką.
- Zaraz, zaraz – a ta umowa?! Co z tą umową?!
- Widzisz, dobrze, że przypominasz. Właśnie, gdy powiedziałeś o tym Teielte, przypomniało mi się, jak kiedyś targowałem się z tym Żydem Lotem…
- …że niby mam szukać sprawiedliwych w Warszawie?!
- Oj, posłuchaj do końca. Ten Teielte, dobry chłopaczyna. Beaty na czasie, dobra produkcja, trochę instrumentalny hip-hop, ale ładnie kłania się nowym trendom: tutaj bas podkręci, tam fajnie, idm'owo pogra z rytmem, flet jakiś wplecie – ścisła czołówka tam u was.
- Nie mogę się nie zgodzić.
- O właśnie. Załóżmy więc, że jeśli znajdzie się w Warszawie pięć tysięcy osób, które kupią Homeworkz, to wam odpuszczam i poprzestanę na spaleniu Filozoficznej.
- Pięć tysięcy?!
- Zaczyna się… Za dużo?!
- Panie, Ty wiesz… era internetu – sprzedaż tradycyjnych nośników spada, to nie są najlepsze czasy. Jeśli znajdę w Warszawie tysiąc osób, które kupiły Teielte, czy nie ocalisz Warszawy?
- Hm, tysiąc… Ustaliliśmy przecież, że to płyta dobra, nowoczesna – spójrz na last.fm, teraz modne są te wszystkie: "New beats", "Gaslamp Killer", "Stone Throw" – jest przecież koniunktura na takie brzmienie!
- Ale Panie... to wszystko, wybacz, że szukam drzazgi, hipsterka!
- Czyli tacy nasi faryzeusze?
- Trochę tak.
- Dobra, niech będzie tysiąc.
- Dzięki, Ci Panie. Gdyby jednak Homeworkz nie znalazło tylu nabywców i rozeszło się w nakładzie 500 sztuk – zburzyłbyś Warszawę?
- Pół tysiąca?! Małpa sprzedał 500 sztuk w kilka godzin – bez wytwórni, promocji i wsparcia innego niż moje (dobry chłopak). Teielte jest nie tylko piekielnie zdolny, ale ma jeszcze za sobą, co by nie mówić, renomowaną wytwórnię.
- Ale U Know Me to raczej zajawkowicze a nie biznesmeni – obawiam się, że nie będzie żadnej większej promocji Homeworkz.
- Niewierny Tomaszu, a osobiste propsy od Noona? Mikołaj chyba ma jeszcze coś do powiedzenia w tym całym środowisku?
- Mam nadzieję, choć, nie oszukujmy się, ludzie słuchali głównie Pezeta. Spójrzmy, wydaje teraz jakieś przeciętności z Małolatem a i tak jest tego pełno wszędzie.
- Uważaj, bo tylko podajesz mi kolejne argumenty za destrukcją miasta.
- No dobrze, dobrze. Wracam do Teielte. Tam nie ma wokalu. Polacy lubią jak ktoś śpiewa czy nawija – może to być nawet Fu, byle był…
- Ostrzegam!
- Ojej, wiadomo, przepraszam… więc na czym my… aha, Homeworkz – czy to aby nie jest za trudne? Bóg sobie przypomni te mikro-wahnięcia beatu w "3 Steps" – ile ludzi w tym kraju podziwia Autechre, kto zajarał się w tamtym roku Lukidem?
- No, wreszcie konkrety. Niech będzie: 500 sztuk.
- Dzięki Panie! Muszę jednak zapytać: jeśliby nie znalazło się pięciuset sprawiedliwych, ale, powiedzmy, dwustu czy przez wzgląd na nich nie uratujesz Warszawy?
- Przeciągasz strunę. Poza tym, wydaje mi się, że to się robi powoli obraźliwe dla tego zdolnego, płockiego producenta. Sorry, 200 egzemplarzy to się powinno rozejść na jednej imprezie.
- Oczywiście, gdybyśmy żyli w idealnym świecie…
- A czy nie żyjecie w najlepszym ze światów?!
- No tak, tak, ale Teielte to jest człowiek znikąd a debiuty rządzą się swoimi prawami. Poza tym, to jest płyta z elektroniką, ale nie na imprezę. Tutaj trzeba przysiąść, założyć słuchawki i trochę się skupić. Nie ma rozpieszczania syntezatorami, oczywistymi samplami czy jednostajną stopą. Proszę zapytać, ile ludzi pamięta Bleak Output – a to była jednak płyta, za którą łatwiej było podążyć, bo pozostawiała za sobą wyraźnie hip-hopowy ślad, dawała cynk, wyciągała rękę. Homeworkz korzysta z innej tradycji – z pewnością szanuje DJ Shadowa, ale ponadto kluczy, gdzieś pomiędzy kalifornijskim Słońcem a brytyjską piwnicą. To jest wciąż nisza tutaj. Nominalnie, to jest właśnie ta osławiona: "inteligentna taneczna muzyka".
- Starasz się, ale trochę pobłądziłeś. Gdyby to było CMYK Blake'a to zszedłbym nawet do pięćdziesięciu, bo tam rzeczywiście dzieją się nowe rzeczy, ale Teielte ma swój język, który, gdy tylko go odkodować, zażera i nie pozwala skipować. Te osiem kawałków łączy styl, osadzonej głęboko w beacie struktury, tak – ona się waha, zaburza, pozornie gubi, ale, zauważ, utwory zawsze gdzieś dążą. Mają ten – wiem, że lubicie to słówko – groove. Wszystko jedno czy uwagę stara się odwrócić smyczkowy sampel, syntezator czy perkusjonalia – ta płyta jest zwarta, koherentna. Ludzie to usłyszą.
- Zgoda, z Autechre to jednak była przesada, ale czy ludzie będą chcieli wydać 30 złotych na tego anonimowego, bądź co bądź, producenta. Rzuć, może Panie, okiem na sprzedaż Cosmogrammy w Polsce, która reklamowała się przecież Thomem Yorkiem na gościnnych występach. A teraz ponawiam prośbę, zjedźmy do 200 egzemplarzy.
- Umówmy się tak: 200 egzemplarzy w dwa tygodnie, jeśli nie – siarka, pożoga i Kasprowicz w pełnym zakresie.
- Dziękuję, oczywiście…
- No, no, już dość, przypomniałeś mi o tym nowym Flying Lotusie, więc lecę posłuchać. Widzimy się za czternaście dni!

Minęły dwa tygodnie. Redaktor Błaszczak był pewny swego – tak dobra płyta rozejdzie się nawet w Polsce. Przecież Mardi Gras się wyprzedało a w zasadzie to nikt ich nie znał. Humor poprawiały mu też relacje znajomych. Wszyscy, którzy choć trochę jarali się brzmieniami około-hip-hopowymi, mieli już Homeworkz na półce. "Dominik – ma, Krzysiek – ma, Łukasz – ma, ja – mam, a to przecież tylko najbliższa ekipa – musi się rozejść!" – przekonywał się Błaszczak. "Poza tym recenzje w internecie, bez wyjątku, pochlebne a ludzie przecież zwracają na to uwagę" – dodawał sobie otuchy. Dlatego też, gdy minęły dwa tygodnie Błaszczak ze spokojem wyruszył do Side One'a upewnić się, w zasadzie, że nakład się wyczerpał a on wygrał zakład i ochronił miasto przed zagładą. Nie muszę chyba dodawać jak wielkie było jego zdziwienie i rozgoryczenie, gdy na sklepowej półce zobaczył fioletowawy digipack ze znajomą figurą geometryczną.

- Macie jeszcze Teielete?!
- Tak, zostało nam jeszcze parę sztuk – chce pan przesłuchać?

Ale Błaszczak już nie słyszał, spojrzał na zegarek i wybiegł ze sklepu. Za godzinę zamykają sklep. Dzwonił do Krzyśka: – "Krzysiek bierz Dominika i wsiadajcie do auta – za dwadzieścia minut w centrum. Proszę, bez pytań!" Łukasz miał czekać na Wilanowskiej. Jak on mógł przegrać ten zakład? A z drugiej strony jak ON mógłby go przegrać? No właśnie. Bez znaczenia, trzeba wiać. Na szczęście ewakuacja odbywała się bardzo sprawnie. Może i nie stosowali się do wszystkich praw o ruchu drogowym, ale za to po pięćdziesięciu minutach byli już na opłotkach Warszawy. Niebo ciemniało. Jechali. Nikt nie żądał wyjaśnień. Nikt się nie odzywał. Dopiero, gdy powietrze rozdarł ogłuszający huk, spojrzeli po sobie. Znali ten werbel.

Jan Błaszczak    
18 października 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy