RECENZJE

Teengirl Fantasy
Tracer

2012, R&S 7.2

Tracer może być lekkim szokiem dla fanów poprzedniego wcielenia Teengirl Fantasy znanego z 7AM. Kacper przykładowo w ciemno wyrwał się do recenzowania tego albumu i rezultat jest taki, że tekst piszę ja. Ciepło i mgła balearów filtrowanych przez chillwave gdzieś ulotniły się bowiem w ciągu dwóch lat, ustępując pola chłodnym i wyraźnym dźwiękom powyciąganym z Acid Mt. Fuji czy Brown Albumu i wyprodukowanych na wzór HudMo i Rustiego. Jeśli więc liczyliście na relaks przy delikatnie bujających basach, porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.

Teengirl Fantasy w wywiadach zdradzają, że zazwyczaj nie opierają swoich kompozycji na pętlach, nagrywając większość ścieżek na żywo, aby przydać muzyce odrobinę ludzkiego, niedoskonałego charakteru (Tego rodzaju filozofia musiała udzielić się ludziom z R&S, ponieważ zielone labele na moich LP dumnie głoszą, że słucham właśnie nowej płyty "Teengril Fantasy"). Podejście to skutkuje na Tracer nie tyle naturalnością rytmów, co przede wszystkim dającym się  odczuć strachem przed nudą. Mniej ma on związku z troską o utrzymanie uwagi słuchacza, bardziej zaś z niecierpliwością samych autorów, którzy, nie chcąc klepać jednego motywu przez kilka minut, urozmaicają patterny jak tylko się da. Zważywszy, że na Tracer TF czerpią swój arsenał środków głównie z gatunków ex definitione skupionych na repetycji, ich luźne nastawienie do kompozycji nabiera szczególnych rumieńców. W żadnym wypadku nie chodzi tu o subtelne transformacje Autechre − raczej o beztroskie wrzucanie do aranżu coraz to nowych elementów i zupełnie jawnej modyfikacji starych. Chaos dotyka te wyrosłe z jam sessions struktury jedynie okazjonalnie, znacznie częściej zostawiają one po sobie przyjemne wrażenie ulotności, zmuszające do kliknięcia "repeat" i przyjrzeniu się całości od nowa.

Tracer mimo zachowywania pewnej spójności, kryje dwa odmienne oblicza. Pierwsze z nich charakteryzowane jest głównie przez synkopy i puszczanie oka do gości pokroju wspomnianego już HudMo −  tak przedstawiają się też trzy z czterech featuringów. Świetne singlowe "EFX" z Kelelą mogłoby znaleźć swoje miejsce na Satin Panthers, następujące zaraz potem instrumentalne "Eternal" spokojnie poradziłoby sobie natomiast na Galaxy Garden. Panda Bear zalicza w "Pyjama" zdecydowanie lepszy występ niż w "Things Fall Apart", kapitalnie wygrywając kontrast między energetycznym podkładem a swoim powłóczystym wokalem. Kawałek z Laurel Halo, choć w oderwaniu brzmi jak odrzut z Quarantine wzbogacony o bębny, w kontekście albumu funkcjonuje całkiem nieźle, przynosząc odrobinę wytchnienia po kawałku z Lennoxem, zaś "Inca" przywołuje brzmienie Broadcast Hyeatala.

Reszta Tracer to z kolei wyraźniejsze nawiązania do wczesnego R&S i Warpa, by wspomnieć choćby przyjemnie liżącą głośniki trzystatrójkę w "Timeline", nota bene jednym z lepszych kawałków jakie dane mi było usłyszeć w tym roku. "End" jeszcze waha się między niektórymi z nowszych produkcji Four Teta a Autechre − z pełną mocą inspiracje acidem i starym IDM-em przebijają dopiero w "Vector Spray" i klucz interpretacyjny staje się oczywisty. Jako dodatek do tego wszystkiego dochodzi jeszcze obdarzone potężną stopą house'owe "Do It" z Romanthonym przemycającym dawkę bujającego kiczu.

Namechecking nie jest ulubionym z moich zajęć, ale ciężko podejść do Tracer w inny sposób, kiedy każdy z kawałków na nim zamieszczonych pełni rolę odsyłacza. Co jednak ważne, żaden nie traci przez to czysto albumowego charakteru. Wszystko na nowym dziecku TF układa się w zgrabną, ciekawą i ogromnie przebojową całość, która dostarczyła mi chyba najwięcej bezpretensjonalnej rozrywki od ubiegłorocznego debiutu SBTRKT. A jak narzekacie, że zniknęły sample, to nie wiem, wracajcie do Endtroducing..., czy coś.

Marcin Sonnenberg    
8 października 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja