RECENZJE

Teengirl Fantasy
7 AM

2010, Merok / True Panther 6.7

KFB: Czy aby na pewno mnie uszy nie mylą? Wreszcie coś elektronicznego co *nie jest* chillwave'm? To niejako z definicji pachnie ciekawą sprawą, tym bardziej, że typy stojące za Teengirl Fantasy to przecież też młodzi ludzie, którzy uwielbiają grzebać w starociach, z tym, że ich zainteresowania kierują się trochę w inne strony niż zazwyczaj w takich przypadkach. O ich fascynacji soulem i r'n'b pisałem nie tak dawno w playliście, ale na 7AM poza "Cheaters" tylko "Dancing In Slow Motion" zdaje się podążać w tym kierunku, ale w tym wypadku kosztem sampli z klasyki panowie postanowili poprosić o gościnny featuring znaną z koncertowania z !!! Shannon Funchess. Efekty są intrygujące, ale o wiele bardziej zastanawia mnie to, co dzieje się w innych kawałkach. Na dobrą sprawę sam nie wiem jak to nazwać, część z nich to jakieś narkotyczne electro-odloty ("Vibes", "Forever The Feeling"), innym bliżej do czegoś na kształt psychodelicznego disco ("Floor To Floor", "In An Area") a nad całością materiału unosi się duch kombinacji i eksperymentów spod znaku chociażby Memory Tapes, ale Teengirl Fantasy wychodzą na tym nadspodziewanie dobrze. Ogólnie to dziwna sprawa, bo po pierwszym przesłuchu 7AM trochę kręciłem nosem a teraz z każdym kolejnym repeatem zajawiam się tym albumem coraz mocniej i powoli zaczyna się robić niebezpiecznie. Chętnie poczytam, co o całej sprawie sądzą moi redakcyjni koledzy; bo tak jak w recce How To Dress Well trochę tonowałem nastroje, tak w tym przypadku chyba odrobinę daję się ponieść emocjom.

RP: Owszem, jest nieźle, choć z kolei mi najbardziej przypadł do gustu pierwszy odsłuch (złapanie nowinki), a podczas kolejnych materiał trochę pobladł. Nie wiedziałem kim jest rzeczona Shannon Funchess, dzięki Kacper za wyręczenie mnie, a dziękuję, bo według mnie wyznacza ona pewien istotny punkt odniesienia, o którym nie wspomniałeś – poza tym przestrzennym disco brzmieniem, płytę robi potężny bas i to dzięki niemu głównie materiał jest raczej rozszerzeniem muzyki tanecznej o kombinowanie niż rozszerzeniem muzyki kombinowanej o taniec. Mimo, że zdecydowanie o tej siódmej nie tańczyłbym, tylko kończył baterie, podążając za elektronicznymi bajerami na mocnym tle, jeśli już zdarzyłoby mi się być gdzieś tam w środku. Spoko soulowy sampel w "Cheaters" poza tym, zgrabna promocja asortymentu grupy.

KB: Tutaj Kacper coś mówi, że w końcu elektronika, która nie jest chillwave’m, a to przecież zupełna nieprawda, bo zostajemy głęboko w temacie, tylko w rejonach bardziej technicznych, w jaką skręcali też niedawno playlistowani Taragana Pyjarama, co jest jarające, bo tego typu mieszanie poshoegaze'owej gęstości z techno cierpliwością w budowaniu kompozycji wypada zwykle dobrze, jak to było w klasycznym "The Differance It Makes" The MFA, które przypomina mi się podczas słuchania niektórych fragmentów albumu. Pojawiają się też soulowo-funkowe wykręty jak u Onry, a nawet bardzo bezpośrednie zapożyczenia z epickiego miksu Murphy'ego w "Cheaters", o czym Kacper pisał w playu, efektownie jednak wszystko jest zatopione w basie, wielowarstwowości, echach, wywróconym na lewą stronę masteringu. Jeśli pamiętamy, że chillwave to bardziej estetyka i sposób myślenia, niż jakikolwiek gatunek, to ta śmieszna łatka spaja eklektyzm tego materiału. Generalnie to wszystko jedno i byłoby jeszcze bardziej, gdyby ta mieszanka się nie broniła, ale broni się bardzo dobrze, momentami to jest nawet piękne, choć czasem tak mocno skupia się na budowaniu klimatu, że uciekają jej konkrety i wtedy jest zaledwie poprawnie.

AR: To teraz ja jakby. No właśnie, "ja jakby", słuchacz tego materiału, zdominowanego przez szkicową formę, która wytrąca z najchętniej przyjmowanych stylów odbioru. Bo wiadomo, że nie ma co wykrajać z tej wprawkowości jakichś zarzutów: tu wszystko świadomie jest właśnie takie, statyczne, porozpinane, rozwiane podmuchami ciepłej bryzy, hooki wystają z piasku, chce mi się chodzić i potykać o nie jak o łydki plażowiczek, króluje niedopuentowanie i niepodobanie-się-mi-przy-pierwszych dwóch-trzech-przesłuchaniach. Takie były moje inicjalne wrażenia: "Jejku, coraz mniej ogarniam z tego całego świata, chyba czas skupić się na jednej kobiecie. Dużo tu stania w korkach, a za mało Michaela Douglasa, który wyszedłby z któregoś z carów i zrobił fire". Nawet w "Cheaters" dopóki nie wejdzie sampel, i koleżkowie mówią sami za siebie, to jest bezpłciowo, nawet taki skrajnie sprzyjający osiągnięciu uroku element jak hand clapy tu nie korci do niczego. Takie "Four to Floor" do połowy nic nie wnosi do mojego życia, od połowy nie słucham". Na tym uciąłem, i dobrze, bo teraz to już oprócz jednej pozamuzycznej konstatacji - zgadnijcie, nie śmiem z tej notatki potwierdzić nawet jednego fonemu. Aktualnie chłonę liczne dobra tu zawarte, jakieś minimal chille, jakieś nie przymierzając Panthy Du Prince strefy podzwrotnikowej, jakieś zboldowane Mount Kimbie, ja lubię minimalizm, Ty lubisz minimalizm, dlaczego nie wybrać się z nim na plażę albo nie spędzić weekendu pod żaglami. Ale to etap koszenia gościom trawników, podczas gdy oni usadowieni na leżakach zbierają zasłużone laury. Może po pracy zaproszą mnie do siebie na szklankę schłodzonej mineralki, to wtedy spróbuję spisać relację z tej wizyty i poproszę któregoś z naszych apdejt masterów, żeby ją tu dokleił.

Andrzej Ratajczak     Kamil Babacz     Radek Pulkowski     Kacper Bartosiak    
23 września 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy