RECENZJE

Teen Daze
Four More Years (EP)

2010, Arcade Sound 6.9

Andrzeja Gołotę widziano niedawno w teatrze (z żoną), tu mamy chillwave'owca kursującego między plażą a kosmosem. Dzieje się. Tytuł to coś jak odwrotność klątwy Bońka? Więc czekają nas jeszcze cztery lata kreatywności hypnagogicznych? Z takim załogantem, jak Teen Daze, kto wie, jak długo jeszcze będzie im wychodzić udawanie, że śmigają po pacyficznych falach pod okiem nieodwołalnie młodych klonów Pameli i Davida.

Więc mamy zioma, Kanadyjczyka, który zaistniał w blogosferze parę miesięcy temu i jego EP-kę, ale tym razem jest to rzecz oznaczająca pokonanie kolejnego schodka w rozwoju sceny. Jak to w okresie dojrzewania, obowiązuje fascynacja rówieśnikami. Te De czerpie garściami z czerpiących garściami, głównie z Bundicka, Washed Out, Neon Indian, czy z niedawno recenzowanych Baths, i nie jest to w ogóle zarzut, bo zawodnik jest fajny i przez tą swoją fajność wspomniane inspiracje niebanalnie przefiltrowuje. Requiem dla snu próżno zatem oczekiwać, neonowemu towarzystwu chyba jeszcze dość daleko do osiągnięcia oneohtrix point never, czegokolwiek by to określenie NIE oznaczało. Konsumowanie siebie nawzajem na potęgę, polecam na dokładkę Teen Daze'a cover "New Theory", jest przecież w ich wypadku ładnym, kolorowym i lekkostrawnym wielkim żarciem.

Jeszcze co do samego zioma, uwierzyłem blogom, że jest tajemniczy i nie podaje imienia. Zaś Dorotka Gardias melduje przemieszczanie się chillwave'u coraz bardziej na północ: Kanadyjczyk jest Kanadyjczykiem, obecnie rezydującym w Vancouver, gdzie do niedawna odchodziło rzucanie się na głębokie drony, kontemplowano różne chłodne obiekty, był sobie Loscil, te sprawy.

Już w pierwszym, tytułowym tracku Four More Years mamy w tym kontekście pełne wynurzenie. Pętla wokalu wyrywa się naprzód raz po raz, właściwie to ludzkie szczekanie, jakieś omamy: Teen Daze od wejścia trzyma chillwave'owe decorum za pysk. Początek brzmi jak mikrosoundtrack do reisefieber przed wspólną przejażdżką z Lamborghini Crystal, generalnie na południe, wzdłuż morza, z okiem na kosmos, o którym za chwilę. Gdzie tam Bundickowa stylowość, tu przez chwilę chodzi o ściąganie piwnicznych staroci z Mutant Sounds, efekt budowany jest z wybitnie cheaptronicznych klocków. Zaraz pojawia się glitch hopowy pasaż, główny element tracka, całkiem żwawo zapodając synthkosmiczną, komiksową panoramę o posmaku heroicznym. Gdyby Kanadyjczyk chciał, mógłby machając wyciągniętymi z niej syntetycznymi wstęgami pozdrowić Marka Bilińskiego bez obaw o różnicę pokoleniową. I tak już do końca rejestrujemy pokazywanie drzemiącej publice przeźroczy z ucieczki w tropiki, truchtanie powtarzających się motywów, stylistycznie brzmiące trochę jakby żarówiaste słońce wschodziło nad Salem, tym od Water EP. Swoje dokłada android z głową psa i z rozstrojonym vocoderowym aparatem mowy, co jakiś czas w typowo chillwave'owy sposób odszczekujący się z laid backu w tle tego Sun Safari.

Drugie na liście, "Gone For The Summer", główne źródło motywów snujących się po mojej głowie podczas pisania tej recki, sytuuje się w bardziej rozrzedzonych rejonach. Już można rozróżnić szczegóły fizjonomiczne plażowiczek, do czego stymulują dostatecznie rześkie, tylko nieznacznie rozmarzone zaśpiewy a'la Chazwick. To chyba okolice 100% chillwave'u. Osiągniętą w poprzednim tracku atmosferę początkowo utrzymuje "Neon", któremu jednak dość szybko zachciewa się pójść w stronę śmielszej przebojowości. Klawisze i rytmika w porównaniu z "Gone..." zyskują na dynamice, ale im dłużej numer trwa, tym bardziej taneczna obietnica rozmywa się i poddaje wiadomo niewiadomoczemu.

Do sztafety zawodników markujących chęć dotarcia na sam środek parkietu dołącza "Around", potwierdzając sprawność Kanadyjczyka w modelowaniu współgrania tym razem rozpikselowanych klawiszy, ciekawych synthów, no i wokalu, dla którego osobne podziękowania za sprowokowanie refleksji, że angielszczyzna powinna częściej brzmieć tak balearycznie.

Teen Daze, kierując się zasadami własnego chill-shui, wie że po "Around" już nie musi umieszczać kolejnego numeru mającego udowadniać, że nie pozwoli żadnej imprezie pod swoim nadzorem, by rozkręciła się na dobre. Wstawia więc spokojniejsze, beztroskie "No Regrets". Jak dotąd najbardziej Bundickowe w zestawie cyrkulacje i echa wokalne momentami poddają się rozluźniającym synthom, prowadzącym ładną, chociaż jak niemal wszędzie na tej EP-ce, podrzędną względem klimatu, nieskomplikowaną melodię, która idzie skacząc po wydmach Palo Alto, czy czego tam jeszcze nie ma w Europie i na Wschodnim Wybrzeżu.

W następnym tracku inicjalnie zachodzi dotlenianie glo-fi popu masami ambientowego powietrza, aż wreszcie okazuje się, że to "Shine On, You Crazy White Cap". Ambientowe kostki lodu powoli ścierają się i rozpuszczają w dance'owym drinku. W dalszej części klawiszami rozgrywana jest partia tetrisa, syntetyczne kaskady opadają w dość niskie rozdzielczości. Znowu "przepraszam, czy tu tańczą?", a w warstwie wokalnej nawet westchnięcia wyzwalają endorfiny. "Kiedy wjeżdżali do miasta, narkohooki zaczęły działać". Dla takich kawałków siadam w mieszkaniu na leżaku.

"Saviour" odwołuje się bardziej otwarcie do mainstreamowego dance popu, jak i do, powiedzmy, M83. Wokalnie Teen odchodzi od imitacji chyba najbardziej charakterystycznego, rzewnego stylu śpiewania Bundicka, a instrumentalnie prezentuje się w wersji dość uładzonej, jakby potrzebował kawałka do puszczenia rodzicom swojej dziewczyny. I dodatkowo, dobre to jest, jak wszystko, bo przez Daze'a jestem skłonny w dobroć wszystkiego do czasu wierzyć, pozdro dla selekcjonera i chłopaków.

Ostatni na EP-ce, żwawy instrumental "Spin Around, Go Ahead", mieniący się z początku skromnymi elektrobłyskotkami, bezpretensjonalny - jak wszystko, z otrzeźwiającymi hand clapami, delikatnie nabijanym, ale gęstym rytmem, ornamentacyjnymi wrzutkami przetworzonych sampli wokalnych, nagłym wejściem zabawkowych klawiszy, pozwala się spokojnie obudzić i od razu z przekonaniem poprosić o więcej. A jeszcze ten tekst, "let's drive to the coastline tonight", referuje oddziaływanie tego kawałka na mnie nawet jeszcze zanim zgłębiłem jego warstwę liryczną. "Who's Gonna Drive You Home?" nieaktualne. Kanadyjczyk stał się trenerem osobistym moich kalifornijskich fantazji, które najpierw sam wywołał, jak przystało na dobrego specjalistę. Dzięki tej EP-ce ma u mnie swoje 30 minut. "Takich ludzi nam potrzeba." Dzięki niemu i jemu podobnym chcę nadal wierzyć, że w latach 80. istniała blogosfera. W kwestii herezji, Chaz ma jeszcze w tym roku wypuścić swoje balladowe folki, co do Teen Daze'a typowałbym jakieś cosmic disco, bo ziom udowadnia, że całkiem sporo potrafi - nawet lekko zafascynować. Póki co jego zasługi są skoncentrowane w zakresie kreatywnego wsłuchiwania się w resztę gloł-pt.3-fajowej stawki i utrzymywania równości oraz spójności całego materiału. W sumie Teen niewiele traci na wrażeniu autentyczności, nie pozostaje bardzo daleki od skali emocjonalnego ładunku Toro Y Moi, i przy tym w tych ośmiu kawałkach dopracował się mimo wszystko własnego stylu albo chociaż jego niemal siódemkowej mimikry. Myślę, że już teraz należą się koleżce spore hand clapy.

Andrzej Ratajczak    
16 sierpnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie